08.03.2016

Bukowskiego Historie o zwykłym szaleństwie

Charles Bukowski, zdjęcie z 1990 roku
źródło: Wikipedia
Był czas, kiedy zachłyśnięcie polskich czytelników Bukowskim sięgało zenitu. Znajomy tłumaczył jego wiersze, mówiono o „zajebistości”, „wykurwistości”.
Poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem Listonosza, tak na próbę. I czytałem, i myślałem sobie: ech, wulgarność sto procent. Teraz jest czas, kiedy wydawnictwo Noir Sur Blanc, które wtedy wprowadzało na rynek Bukowskiego, postanowiło spróbować ponownie rozkochać czytelników w Bukowskim. I czytam, i myślę sobie: dobrze jest poczytać zamiast wulgarności sto procent taką wulgarność pięćdziesiąt do sześćdziesięciu. Na przykład zbiór opowiadań Historie o zwykłym szaleństwie.

Czuje się w opowiadaniach i młodość naszą, i jego, jego zwichrowane dojrzewanie i doświadczenia późnego okresu życia. Przypatrywałem się kiedyś polskiemu szaleństwu na Bukowskiego, mamy w tym zbiorze jego przemyślenia i obserwacje, dotyczące amerykańskiej wersji szału na Buka. Umiejscawia się jak gdyby w opozycji do Millera, jako król innej wersji świata, w przeciwieństwie do autora Zwrotników. Jest wdzięczny za spokój bycia na innym poziomie niż millerowski splendor i chwała, ma swoje królestwo, z którego jest bardzo zadowolony:

i znowu robi się cicho. kolejny dziwny wieczór. wpadają do mnie ludzie, gadają, a ja nimi nasiąkam: przyszli rabini, rewolucjoniści z giwerami, agenci FBI, kurwy, poetki, młodzi wierszokleci z Uniwersytetu Stanowego, profesor z Loyoli jadący do Michigan, profesor z Uniwersytetu Kal w Berkeley, kolejny, który mieszka w Riverside, 3 czy 4 młodzików na gigancie, typowych obiboków z głowami pełnymi cytatów z Bukowskiego... i przez jakiś czas myślałem, że ta banda wejdzie mi nogami do serca i zbezcześci mój cenny spokój, ale mam wielkie wielkie szczęście, bo każdy coś mi przyniósł i zostawił w prezencie i już nie muszę czuć się jak Jeffers w swojej kamiennej wieży, i mam też szczęście jeszcze dlatego, że sława, którą się cieszę, jest w dużej części cicha i dyskretna i raczej nie mam szans zostać drugim Henrym Millerem, z wielbicielami biwakującymi przed moim domem, bogowie okazali się dla mnie łaskawi, pozwalają mi nadal istnieć i cieszyć się dobrym zdrowiem, a nawet robić zapiski, obserwować, czuć tę cudowność pełznącą po ręce jak zwariowana mysz. I choć jutro jest niewiadomą, to takie życie, podarowane mi w wieku 48 lat, to sama słodycz.

Pisarz taplający się w brudach zupełnie realnych, można powiedzieć „smrodach życia”, i pisarz, który przypatruje się sobie z pewnego oddalenia. Fascynacje Bukowskiego? Takie oprócz picia, seksu, innych takich? Bo najłatwiej wydać sąd, że tylko picie i seks, lub inne takie! A może picie, seks i życie, życie w pełni, ale na uboczu? Fascynacje? Na przykład ciekawie napisane scenki z wyścigów konnych, ale nie opisujące wspaniałe biegi arabów czystej krwi, tylko taka przyziemna walka o dojście do okienka, by obstawić gonitwy, kanciarze, frajerzy, kieszonkowcy, ciągła walka o pieniądze, wygra czy przegra? Jest też w tym „samobójczym pędzie” też literatura:

...a stary i siwy kasjer, chcąc się upewnić, zapytał: - jedenaście? - zawsze tak robi, kiedy obstawia się nie tak jak trzeba. Pewno nie wie dokładnie, kto wygra, ale wie, kto na pewno przegra, i patrzy ci smutno w oczy, biorąc od ciebie dwudziestaka. A potem idziesz na trybunę i patrzysz, jak ta stara chabeta wlecze się przez cały czas z tyłu, nawet się nie starając, biegnąc na pół gwizdka, i mówisz do siebie – o kurwa, chyba mi odbiło.

Dyskutowałem o tym z jednym kumplem, który od lat gra na wyścigach. Nieraz odwalał podobny numer i nazywał go „samobójczym pędem”, co nie jest niczym nowym. Sam termin już dawno mi się znudził, ale, co ciekawe, taki „pęd” nadal mi się przytrafia. Przesiadując na torze, człowiek rzeczywiście zaczyna coraz bardziej odczuwać znużenie i FAKTYCZNIE kusi go, żeby typować jak popadnie, takie uczucie może się pojawić, kiedy się wygrywa albo przegrywa i wtedy na serio zaczyna się zła passa. Ale moim zdanie poważniejszym problemem jest to, że tak WŁAŚCIWIE chce się być zupełnie gdzie indziej – siedzieć wygodnie w domu i czytać Faulknera albo robić rysunki kredkami swojego dzieciaka. Ostatecznie tor staje się po prostu kolejnym miejscem PRACY, i to wcale niełatwej.

[…]

wyścigi pomagają lepiej zrozumieć ludzi i samego siebie. Obecnie niemający pojęcia o pisaniu krytycy próbują w mętny sposób pomniejszać znaczenie Hemingwaya. Temu staremu skubańcowi już od połowy kariery zdarzało się pisywać słabe teksty, ale mimo że stopniowo dostawał zajoba, to i tak inni wyglądali przy nim jak chłopcy w krótkich majteczkach, podnoszący rękę z prośbą o pozwolenie na małe literackie siusiu. Wiem, czemu Ernie chodził na walki byków – to pomagało mu w pisaniu. Ernie był mechanikiem: lubił naprawiać świat na papierze. Walki byków były dla niego jak deska kreślarska, dzięki której mógł opisywać całą rzeczywistość: od Hannibala, który w górach wali batem słonie po dupach, do jakiegoś pijaka, który spuszcza łomot swojej kobiecie w tanim pokoju hotelowym, a potem Hem dorywał się do maszyny i pisał na stojąco. Maszyna była dla niego jak rewolwer, jak broń, walki byków to było wszystko łamane przez cokolwiek. Każda kwestia stawała się jasna jak słońce: wystarczyło tylko przelać to na papier.

[…]

gdybym kiedykolwiek prowadził warsztaty pisarskie, jednym z moich podstawowych wymagań byłoby, żeby każdy student zaliczył raz w tygodniu wyścigi i w każdej gonitwie postawił przynajmniej 2 dolary na zwycięzcę. Żadnego kombinowania.

Mamy więc gotowy przepis na pisarza. Powyższe cytaty z opowiadania Żegnaj, Watsonie to coś, na co warto czekać podczas czytania, już nawet nie samego Bukowskiego, ale kogokolwiek. Obstawianie wyścigów konnych sprowadzone do mikrokosmosu, do laboratorium, w którym można obserwować zachowania w skali makro. Fascynuje go to obserwowanie zachowań, które wydobywają się z ludzi, drgających w ciągłej niepewności istnienia. I ciągłe obserwowanie siebie w opozycji ja-pisarz – ja-bohater. Niektóre role śmieszą, jak w przypadku opowiadania , niektóre wręcz przeciwnie. A jakie marzenia? Chyba żeby odpocząć, móc sobie w spokoju posiedzieć i wypić dużo albo intensywnie, albo jedno i drugie, i w tym spokoju wyrzygać dosłownie, do sracza, i w przenośni, na papier, literami, wyrazami, zdaniami.

W tomie są teksty lepsze, te traktujące mniej lub bardziej o samym Bukowskim, oraz teksty słabsze, te wymyślane jakby na poczekaniu, jakby napisane dla podratowania budżetu. Choć i w tych gorszych opowiadaniach da się wyłuskać fragmenty, które można wpisać sobie do kołonotatnika, a u mnie do działu Cytatologia. Spoglądając na daty wprowadzania praw autorskich widać duży przedział czasowy powstawania utworów, to samo widać w jakości przekazywanych treści.

Historie o zwykłym szaleństwie to przede wszystkim opowiadania zamknięte klamrą życia, to trzeba pamiętać. To jest Bukowski z różnych lat, różnych okresów życia, ogólnie całe lata 70. Akcenty autobiograficzne przy odczytywaniu sensów jak najbardziej wskazane, zresztą jak w całej twórczości. Jednym z sensów może być np. wstęp z jednego opowiadania ze środka tomu:

Najbardziej lubił koniec lata, tuż przed początkiem jesieni, a może to już była jesień, w każdym razie na plaży było dość zimno, a on lubił spacerować nad wodą tuż po zachodzie słońca, żadnych ludzi dokoła, woda jakby brudna, woda jakby martwa, a mewy nie chciały zasnąć, jakby nienawidziły spać. Latały nisko nad jego głową, próbując dobrać mu się do oczu, jego duszy, albo tego, co z niej zostało.

Jak człowiek czuje, że ma duszę na wyczerpaniu, to znaczy, że jeszcze ma duszę.
Potem siadał na piasku i patrzył na horyzont i kiedy tak patrzył, trudno mu było w cokolwiek uwierzyć. Na przykład, że istnieje państwo takie jak Chiny albo Ameryka, albo że gdzieś tam jest Wietnam, albo że kiedyś był dzieckiem, nie, szczerze mówiąc,w to nie było mu trudno uwierzyć; całe dorosłe życie: te wszystkie prace, których się imał, te wszystkie kobiety, a potem brak kobiet, a teraz brak pracy. Sześćdziesięcioletni gołodupiec. Przegrany. Zero. Został mu dolar i 20 centów w gotówce. Pokój wynajęty na tydzień. Ocean... przypomniał sobie swoje dawne kobiety. Niektóre traktowały go dobrze. Inne to były zwykłe zdziry, postrzelone, zawzięte jędze. Pokoje i łóżka i domy i Święta i fuchy i śpiewy i szpitale i nudę, szare dni i noce i brak sensu, brak szans.
I 60 lat życia wartych dziś dolara i 20 centów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *