07.04.2016

Szał spowodowany jałową wypowiedzią

I następny dzień, tamten, poprzedni, odszedł w annały. Dziewczyna śpi, pies śpi, kot śpi, ja mam odrobinkę spokoju. Rozglądam się przez okno i widzę piękne widoki. Czwarte piętro ma ten zasadniczy plus, że nie widzi się tych wszystkich twarzy, twarzy, twarzy i brudu ulicy.
Czasami tylko słychać odgłosy ścigaczy, tuningowanych na amen samochodów czy napitej za drobne młodzieży. Przypomniała mi się wypowiedź profesora Koziołka: kilka dobrych zdań, pauza, następnych kilka dobrych zdań, pauza – taki prosty przepis na dobrą literaturę, nic więcej, nic mniej, w sam raz. Moje jałowe pisanie czasami doprowadza mnie do szału. Zaczynam tracić sens tych wypowiedzi. Można prosto sobie powiedzieć: jaki człowiek, takie wypowiedzi. To chyba zbyt proste. Zastanawiam się czasami na Kafką, nad Dostojewskim, nad innymi wielkimi, co powodowało, że pisali swoje opowieści. Czy rzeczywiście myśleli, że to całe psychologizowanie albo społecznikowanie uratuje komuś tę przysłowiową dupę? Po co tworzyć na nowo świat, po co ubierać ludzi w stroje, wyposażać ich w artefakty, uczucia, różnorakie zwyrodnienia? Czy te relacje między X a Y są rzeczywiście warte tego, co dzieje się właśnie na tej ulicy cztery piętra niżej? Moim zamysłem było kiedyś pisanie takich słów, takich zdań, żeby choć jedna osoba na Ziemi się tym zainteresowała i właśnie w tej jednej, tylko jednej osobie zmienić sposób postrzegania świata. Zmienić tak, by ból istnienia złagodniał, żeby nastąpiło choć chwilowe uleczenie styranej duszy. A co w przypadku sytuacji, gdy nie będzie żadnej duszy, która zechce być w jakimkolwiek wymiarze naprawiona, wyleczona, nieważne jak takie coś nazwiemy. No i właśnie, co w takim przypadku, gdy nie znajdzie się nikt, zupełnie nikt?! Pozostaje pisanie dla samego siebie, pozostaje altruizm, autoterapia, szał spowodowany jałową wypowiedzią. Czy rzeczywiście nic więcej to wszystko nie przynosi?
Franz Kafka w 1906 roku

Przytoczyłem powyżej Kafkę. A przecież u niego nie było parcia, przynajmniej tak się nam wydaje, taki pozostał w obiegowej opinii. Mamy przed sobą obraz człowieka uwikłanego w monotonną, urzędniczą pracę, który swoje teksty pisze, bo … altruizm, autoterapia, szał spowodowany jałową wypowiedzią? Zostawia wszystko, umiera i chce, żeby wszystkie teksty spalono, zniszczono. Więc pisze wszystko, żeby odreagować, żeby sobie coś za sprawą tych tekstów wytłumaczyć, poczuć się lepiej. Możliwe, że chce się odrobinę zemścić na sobie, na innych, ale chyba we „własnym sosie”. Prawdą jest, że uczestniczył w życiu literackim tamtej Pragi, ale nie powierzał siebie w pełnym zakresie. Bał się? Tego już się nie dowiemy. Można się przyjrzeć wypowiedziom Kafki, może one dadzą nam choć częściową odpowiedź:

Opowiadanie ‚Wyrok’ (‚Das Urteil’) napisałem w nocy z 22. na 23. od godziny dziesiątej wieczór do szóstej rano, nie odrywając pióra. Nogi zesztywniałe na skutek pozycji siedzącej ledwo zdołałem wyciągnąć spod biurka. Straszliwy wysiłek i radość, gdy w mych oczach rozwijało się opowiadanie, gdy brnąłem przez to rozlewisko naprzód. Wiele razy w ciągu tej nocy niosłem swój własny ciężar na grzbiecie. Jak to wszystko można wypowiedzieć; jak dla wszelkich, nawet najdziwaczniejszych pomysłów, przygotowany jest wielki ogień, w którym giną i zmartwychwstają. Jak za oknem stało się niebiesko. Przejechał jakiś wóz. Dwóch mężczyzn przeszło przez most. O godzinie drugiej spojrzałem po raz ostatni na zegarek. Kiedy służąca przechodziła po raz pierwszy przez przedpokój, pisałem ostatnie zdanie. Zgaszenie lampy, jasność dnia. Lekkie bóle serca. Zmęczenie, które przychodzi w połowie nocy. Drżący wchodzę do pokoju sióstr. Odczytuję. Przedtem przeciągam się przed służącą i mówię: „Pisałem aż dotąd.” Wygląd nie tkniętego łóżka, jak gdyby dopiero teraz je wniesiono. Potwierdza się przekonanie, że ze swym pisaniem powieści jestem na haniebnych nizinach literatury. Tylko tak wolno pisać, tylko w takich okolicznościach, przy tak całkowitym rozwarciu ciała i duszy.  (Kafka po napisaniu opowiadania Wyrok)

Czyli stany ekstatyczne. Tworzenie jako maksymalne wyładowanie się. Tak, ale to tylko chwila, dwie chwile. Osiągnąć stan permanentnego upojenia się trąci trochę alkoholizmem, młodzieńczą fascynacją samym aktem i myślenie o dalszych próbach tego rodzaju:

Gdy chciałem dzisiaj wstać z łóżka, to po prostu omdlałem…Niewinny udział biura w tej kwestii jest na istotny, bo gdybym nie musiał tam iść, mógłbym żyć spokojnie moją pracą, a nie spędzać tam codziennie sześć godzin […] stanowi to dla mnie straszliwe podwójne życie, a jedynym wyjściem z tej całej historii jest obłęd […]. (notatka Kafki znajdująca się w jego Dziennikach pod datą 19 lutego 1912 roku).

Franz Kafka w 1917 roku
Tak więc trzydzieści lat życia za sobą i młodzieńcza ekstaza. Wiemy, że w tym czasie, w latach 1912-1915, pojawia się podczas twórczej ekstazy Kafki wiele dobrych tekstów, ze sztandarowym Procesem włącznie. Eksplozja uczuć motywacją do tworzenia prozy, literatury wyjątkowej. Tak wiele mamy przypadków dobrego skutku kanalizacji uniesień na papier. Czy jednak nie zadaje się wtedy pytania o sens? Nadzwyczajna wrażliwość spowodowana jest w wielu przypadkach przez problemy związane po prostu z życiem. Męcząca psychikę praca, kłopoty rodzinne, chęć odizolowania się od społeczeństwa, spleen, chandra, wszystkie te rzeczy mogą powodować pragnienie wypowiedzenia się, zwierzenia się. Jedni idą do rodziny, przyjaciół, znajomych, inni, tak jak Kafka, znajdują niewiarygodnie wręcz ukojenie w zapisie, zapisie w krzywym zwierciadle. Zapis doznań plus nieograniczona wyobraźnia. Gdyby tylko można byłoby oddać się temu bez reszty! Wtedy z pewnością Franz Kafka mógłby nie mieć żadnych bodźców, by pisać:

Z punktu widzenia literatury mój los jest bardzo prosty. Talent do przyoblekania w zewnętrzny wyraz mojego śnionego życia wewnętrznego w sennych marzeniach zepchnął wszystko inne do rzędu spraw mniej ważnych, gdzie zaczęło ono w przerażający sposób pokracznieć i pokracznieje nieustannie. Nic innego nie zdoła mnie nigdy zadowolić. Cóż kiedy moja moc tworzenia tych przedstawień jest całkowicie nieobliczalna, może zanikła już na zawsze, może przecież ogarnie mnie jeszcze kiedyś, co prawda, nie sprzyjają jej moje warunki życiowe. Tak więc chyboczę się, wzlatuję co chwila na szczyt góry, ale zaledwie przez chwilę mogę utrzymać się w górze. Inni chyboczą się także, ale w dolnych regionach, przy większym zasobie sił; gdy zagrozi im upadek, chwyta ich krewniak idący w tym celu obok nich. Ale ja chyboczę się tam, w górze, nie jest to niestety śmierć, tylko wieczne męki umierania. (notatka w Dziennikach pod datą 6 sierpnia 1914 roku)

Oddać się bezgranicznie, czuć moc twórczą i to bycie na szczycie i jednocześnie na krawędzi, z którego, z której można spaść, bo nie można się oprzeć na ramieniu. Postawienie wszystkiego na tę jedną kartę.

Rozwiązywanie własnych problemów za pomocą laboratoryjnego modelu w postaci opowiadania lub powieści, szczyty uniesień i proza życia. Ech, czy rzeczywiście to takie proste? Czy pozostaje pisanie dla samego siebie, pozostaje altruizm, autoterapia, szał spowodowany jałową wypowiedzią? Czy rzeczywiście nic więcej to wszystko nie przynosi?

Ta bazgranina sprawia, że uciekam sam przed sobą, by na końcu przyłapać się na gorącym uczynku. Nie ucieknę przed sobą. (Kafka o swoim pisaniu w rozmowie z Gustavem Janouchem)

* * *
Wszystkie cytaty pochodzą ze strony poświęconej życiu i twórczości Franza Kafki - Projekt Kafka

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *