04.05.2016

Życie to jednak strata jest

Droga od Murów Hebronu do Wschodu jest przepastna. Najbardziej wartościowe w Stasiuku jest to, że jest stworzoną z komórek organicznych „maszyną”, która poprzez wyładowania elektro-bio-chemiczne przetwarza to, co na zewnątrz, analizuje, algorytmizuje, po czym wydaje na świat kod, który potwierdza jedno: każdy pisze swoją własną Księgę.
Stasiuk może się podobać, jak podobać może się jakaś pieśń lub potrawa. Takim samym sposobem myślenia można dojść do wniosku, że jednak nie lubi się tego wschodniego bigosu. Pojawiający się poniżej ciąg cytatów z książki-wywiadu Życie to jednak strata może być dla każdego próbą posmakowania zarówno Stasiuka, ale również tego, co Stasiuk pichci na kartach swoich książek. Możliwe, że komuś ten wschodni bigos zasmakuje. Szczerze na to liczę.

* * *

- Pan ma dość mówienia o podróżach.
- Bo i też tak wiele ich nie było! „Jadąc do Babadag”, które jest książką drogi, pisałem przez dziesięć lat. To, że o tym ględzę, że umiem o tym pisać, nie znaczy, że tak dużo podróżuję. To są po prostu wakacje z Moniką.
- Spotkał pan na nich jakieś wyjątkowe kobiety?
- Mówiłem, nie szukam ludzi. Ani mężczyzn, ani kobiet. Ale pamiętam fascynujące spotkanie. W Albanii. Tamtejsze kobiety wyglądają wschodnio. Makijaż, biżuteria, obcasy, suknie. I nagle ona: jak wyzwolona kobieta Zachodu. Krótko ostrzyżona, w spodniach, w kamizelce z wieloma kieszeniami. To było niesamowite w kraju, w którym kobieta jest kobietą tylko z całym takim zamierzchłym sztafażem. Ona była zaprzysiężoną dziewicą, głową rodziny, mogła żyć bez facetów i miała prawo do wendety.
- Była ładna?
- W kobiecy sposób nie, ale była bardzo interesująca. Miała taką albańską, wysmaganą, surową twarz.
- A jakie kobiety są ładne?
- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu się przytulić do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem raz po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa, stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy. Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco gruby. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?
- Bo pan się naprawdę denerwuje.
- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, przekonanych, że będą nieśmiertelni! Że śmieć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, nerkę od rozstrzelanego Chińczyka wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie.

* * *

- Wyobrażał pan sobie kiedyś siebie tutaj jako pisarza?
- Nie pamiętam, żebym sobie kiedykolwiek siebie wyobrażał. Byłem tak zanurzony we własnym życiu, tak skrajnie zaangażowany w istnienie, że nigdy nie chciałem być nikim innym. Moje życie mi wystarczało. Osiedlowa choszczówkowska chuliganerka, młodzieńcza erotyka, ekscytacja, a jednocześnie marzenie, żeby się wszyscy ode mnie odczepili, żebym mógł czytać. Kiedy kumple wracali do domu wyspać się, najeść albo pooglądać telewizję, ja wchodziłem w literaturę. Czytałem do świtu, a potem szedłem niewyspany do szkoły, żeby znów brać udział w życiu.
To było naturalne, że literatura żywi się życiem, a jednocześnie je napędza. Do dziś tak mam.
- Co pan od niej dostawał?
- Jak to co? Nowe światy, większe życie, większą wyobraźnię. Literatura to podnieta dla umysłu, coś w rodzaju wódy, narkotyków, erotyzmu. Ożywia umysł i świat, który czasami jest nieco niezadowalający. Nigdy nie chciałem być pisarzem, ale tak bardzo lgnąłem do literatury, tak bardzo chciałem być blisko niej, że nim zostałem. Ale najpierw to chciałem być postacią literacką. Martinem Edenem Londona, czytała pani?

* * *

Myślę, że ostatnio są dwa zasadnicze, że się tak wyrażę, trendy. Pierwszy, bardziej wyrazisty i dopalony medialnie, to udawanie „prawdziwego Europejczyka”: że oto jesteśmy, że nam wyszło, że nie mamy się czego wstydzić, że zdaliśmy egzamin. To wzmożenie europejskości było widoczne zwłaszcza podczas Euro. Z wyraźną rozkoszą przeglądaliśmy się w oczach świata. Jak pies w oczach swojego pana. To w jakiś sposób przypomina pragnienie awansu z wieśniaka na mieszczanina. Tak, bardzo wyraźne. Polska jako wieś, Europa jako miasto. Drugi trend, nieco skromniejszy, ale bardziej emocjonalny, by nie powiedzieć: histeryczny, to udawanie „prawdziwego Polaka”. Ma nieco mniej zwolenników, bo naznaczony jest słusznością oraz nieuleczalnym smutkiem, a poza tym skazany jest na swoistą endogamię. Może się przejrzeć co najwyżej we własnych oczach i samemu sobie zamerdać ogonem.
Jesteśmy uwięzieni w stereotypach. Wciąż się oglądamy za siebie, czy aby idziemy kupą. W końcu łatwiej pytać, czy ze mnie Europejczyk, czy Polak, a trudniej, czy aby nie jełop albo i świnia.

* * *

- Henryk miał siedemnaście lat, kiedy przyjechał do Bełżca z transportem ze Lwowa. Udało mu się uciec. W lesie spotkał chłopa, który obiecał zawieźć go do Rawy Ruskiej. Na wozie zasnął. Obudził się z powrotem na rampie. Niedawno był w Polsce.
- Pewnie ten chłop bał się żydowskiego dzieciaka. A może nim pogardzał? Chłopstwo polskie, czyli plemię straumatyzowane niewolą, uprzedmiotowieniem, znalazło w osobie Żyda kogoś gorszego od siebie. Pogarda była formą terapii, odreagowania. Oto w porządku dziobania ktoś stoi niżej i kiedy w niego uderzę, nic mi nie grozi, bo nikt się za nim nie ujmie. To rezultat polskiej struktury społecznej. Paradoksalnie mieliśmy przecież dwa narody – polski, dominujący, i chłopski, plemię Chama. I potomek Chama znalazł sobie Sema, żeby móc nim pogardzać.
- W wiosce pana dziadków też tak było?
- Niedawno się dowiedziałem od mamy, że w wypróchniałej topoli czy może wierzbie ukrywał się Abramek, któremu babka Julka nosiła jedzenie i relacjonowała, co słychać na świecie. Mama miała wtedy kilka lat, więc niewiele wiedziała. Co się stało z Abramkiem, też nie wie. Ale jest opowieść. Żyd ukrywający się w topoli albo wierzbie, jak diabeł Rokita, któremu polska chłopka nosi jedzenie.
- Pan sobie oszczędza dylematów, co by zrobił?
- Czybym pomagał? Nad tym się nie zastanawiałem. Myślę, co bym zrobił, gdybym był Żydem i przeżył.
- I?
- Niewykluczone, że poszedłbym do UB. Jak Chaim Hirszman, któremu udało się uciec z transportu z Bełżca do Sobiboru. Był jednym z dwóch ocalałych na prawie pięćset tysięcy zgładzonych. Nie dziwię się, że po takim doświadczeniu poszedł do UB. Gdzieś musiał szukać schronienia. Zastrzeliła go nastoletnia dzieciarnia z organizacji niepdległościowej, kiedy już zresztą z UB się zwolnił. Dzień przed śmiercią składał zeznania o Bełżcu …

* * *

- […] Wzruszyło mnie to miejsce i ci ludzie, bo przypominało mi odpusty u moich dziadków w Gródku. Po raz drugi wszedłem do tej samej rzeki, mimo że była to rzeka w Kirgizji. To są cudowne momenty. Po to się przecież podróżuje. Po dźwięki. Po obrazy. Po zapachy.
- Czyli dla reanimowania pamięci?
- A jak inaczej? Pamięć jest po to, żeby było o czym rozmawiać, do czego tęsknić i co opłakiwać. Wszystko się dzieje raz i więcej się nie stanie, czego mięso armatnie kapitalizmu nie dostrzega, tylko tkwi w teraźniejszości, wierząc, że korpo będzie trwało wiecznie.
Ja jestem obsesjonatem pamięci i boję się tego, że mógłbym ją stracić. Z nią straciłbym kawał świata. Moje dzieciństwo, moich dziadków i moich rodziców. Moją młodość i ostatnią wyprawę do Pamiru.
Zmusza mnie pani do wygłaszania banałów, ale człowiek bez pamięci nie wie, kim jest.
- Pan apokaliptycznie wieszczy, że nasza samoświadomość osiągnie stan zerowy.
- Boję się, a nie wieszczę. Bardzo możliwe, że będzie istniała tylko przyszłość. I będziemy tęsknić tylko do przyszłego. Do tego, co sobie wymarzymy, co sobie kupimy i jaką sobie jeszcze zrobimy przyjemność. Nie będzie żadnych duchów, wspomnień, pamięci ani historii. Tęsknota za przeszłością zostanie wykorzeniona.
- Nadejdzie kultura chińskiego badziewia? Kup, zużyj i od nowa?
- Kultura wiecznego nienasycenia i obfitości nicości. Zużywania przedmiotów, które już na etapie produkcji mają wmontowane zużycie. Lud będzie kupował i zużywał, zamiast lękać się śmierci. Już to oglądam w moich Gorlicach czy na Słowacji. Przyszłość planety w „chińskich marketach”.

* * *

- Możemy się wyzwolić od tego Ruska z dowcipów?
- Nie wiem, ale trzeba wykonać jakąś pracę, a nie żądać nieustających przeprosin. Za rozbiory, za Sybir, za Katyń, za wojnę, za Smoleńsk. Histeryczne domaganie się uznania własnego istnienia, na wszelkie sposoby. Nieustanne szukanie winnych zamiast budowania wewnętrznej siły, tożsamości, pewności. Jak się ma popieprzone w głowie i  niepoukładaną tożsamość, to się innych do samoupokorzenia zmusza. Człowiek szlachetny i godny nie oczekuje przeprosin, bo rozumie skomplikowaną naturę życia. Przypomnę, że gentleman to człowiek, który nie domaga się swoich praw.
-  No ale w naszej kulturze honoru …
- Nie. Człowiek, który ma honor, nie zmusza innych, by go nieustająco i za wszystko przepraszali. To jest gówniarstwo, a nie honor.
- Tylko wyzywa na pojedynek.
- Ale proszę bardzo, idźmy z Rosją na pojedynek. Raz się udało. Piłsudskiemu. Ale na krótko.
- Z pomocą Matki Boskiej, przypominam.
- Właśnie. To Matce Boskiej się udało. Ale u Boziewicza kobiety chyba nie mają zdolności honorowej …

* * *

- Wydaje mi się jednak, że nasi rodzice wstydzą się tego komunizmu. Stają się prawicowi, wymyślają, że nigdy nie należeli do partii, próbując odzyskać podmiotowość, którą za komuny stracili.
- A kapitalizm to im daje podmiotowość? Zapierdalasz w tym kółku, kurwa, jak chomik w klatce. Oni powinni być dumni z tego, że to przeżyli. Że głębiej niż ludzie Zachodu doświadczyli swojej egzystencji. Wkurwia mnie swoją drogą, że Zachód wypiera świadomość, że komunizm to także jego historia. To paranoja. Przecież tak naprawdę to zachodni eksperyment za żywym organizmie, który podchwycili Rosjanie, bo u nich kapitalizm był w jakichś powijakach. Mówienie, że nie, to nie my, my nie braliśmy w tym udziału, to skurwysyństwo. Nie braliście, boście, kurwa, stchórzyli i odgrodzili się żelazną kurtyną. I podzieliliście Europę na Wschód i Zachód.
Wydaję mi się, że pokolenie naszych rodziców w nieco podobny sposób jak Rosjanie też się czuje zdradzone. Zastanawiam się, co by się okazało, gdyby zapytać ludzi, co wolą, powiedzmy, wolność i kapitalizm w wersji obecnej, czy softkomunizm w wersji gierkowskiej z większą ilością pieniędzy i kiełbasy.
- Pan co by wybrał?
- Najprawdopodobniej migałbym się od odpowiedzi i jak stary spryciarz szukałbym jakiejś osobistej, prywatnej „trzeciej drogi”. Jako jakiś ustrojowy bezpaństwowiec na przykład. Romantycznie bym anarchizował, sam nie wiem … Wie pani, Solidarność była ruchem socjalistycznym. Robotnikom chodziło o socjalizm z ludzką twarzą, a nie o skok na głęboką, mętną wodę kapitalizmu. Nie chcieli wolności, chcieli sprawiedliwości. Zawsze się zaczynało od kiełbasy, a potem przychodzili spece od wolności i przemawiali w imieniu wszystkich.
Moja mama nie potrzebowała nigdy wolności. Potrzebowała bezpieczeństwa. A wolność jest niebezpieczna, jest ryzykiem.
Mam wrażenie, że ją fetyszyzujemy. Mamy fioła z dzisiejszą wolnością. Z tymi jubileuszami i zachwytami. Wolnością mają być stada dzieciaków zniewolonych telewizją i reklamą? Sformatowanych osiemnastolatków w garniturach studiujących na szpanerskich uczelniach biznesowych? Pewnie, że jest to na pierwszy rzut oka mniej dotkliwa forma zniewolenia, krew się nie leje, ludzie umierają w domach i szpitalach, a nie w obozach i więzieniach, ale jednocześnie prawie nie da się żyć poza tą „wolnością”, którą się nam proponuje. „Bądź wolny albo zdychaj”. Jak w Legii Cudzoziemskiej. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *