17.03.2017

Poznaj geniusza, poznaj Davida Fostera Wallace'a

E Unibus Pluram: telewizja a fikcja amerykańska

  
Telewizja to ucieleśnienie Sztuki Niskiej z jej pragnieniem oddziaływania na bezprecedensową liczbę ludzi i pozyskania ich uwagi.
Ale nie jest Niska, ponieważ jest wulgarna, lubieżna i głupia. Telewizja często miewa wszystkie te cechy, lecz są one logiczną funkcją jej potrzeby przyciągania uwagi i zadowalania Widowni. Nie twierdzę też, że telewizja jest wulgarna i głupia, bo ludzie tworzący Widownię są wulgarni i głupi. Telewizja jest taka, jaka jest, z tej prostej przyczyny, że ludzie wykazują skrajne podobieństwo w swoich wulgarnych, lubieżnych i głupich zainteresowaniach, natomiast wielce się różnią w zainteresowaniach wyrafinowanych, estetycznych i szlachetnych. Wszystko zależy od zróżnicowania synkretycznego: ani medium, ani Widownia nie ponoszą winy za jakość. Jednakże i telewizja, i my sami odpowiadamy za to, że w przeciętnym domostwie amerykański konsumuje wulgarne, lubieżne i głupie treści w zdumiewającej dawce sześciu godzin dziennie. Odpowiadamy za to głównie dlatego, że nikt nie zmusza nas za pomocą broni do spędzania aż tyle czasu, od którego dłuższy jest tylko sen, na robieniu tego, co gdy się zastanowić, nie jest dla nas dobre. Przepraszam, że psuję zabawę, ale taka jest prawda: sześć godzin dziennie dobrze nie robi.
Największy nieustanny urok telewizji polega na tym, że angażuje, niczego nie wymagając. Można odpoczywać, poddając się stymulacji. Pod tym względem telewizja przypomina inne rzeczy z gatunku, który można nazwać Przysmakami (np. słodycze, alkohole), czyli rzeczy, które są nieszkodliwe w małych ilościach, ale szkodliwe w dużych dawkach, a już bardzo szkodliwe, jeśli konsumujemy je w dawkach przewidzianych dla pokarmów podstawowych. Można się tylko domyślać, ilu litrom dżinu lub kilogramom czekolady Toblerone odpowiada sześć godzin konsumpcji Przysmaku.

W powierzchownym  ujęciu problemu telewizja odpowiada za stopień naszej konsumpcji telewizji tak dalece, że stała się przerażająco skuteczna w swoim deklarowanym zadaniu zdobywania kolosalnych rozmiarów oglądalności. Jej odpowiedzialność społeczna jest podobna do odpowiedzialności społecznej projektantów broni wojskowej: są niewinni, dopóki nie staną się ciut za dobrzy w swoim fachu.

Jednak najlepsza jest, moim zdaniem, analogia między telewizją a alkoholem. Ponieważ (wytrzymaj jeszcze chwilę) obawiam się, czy nasz poczciwy przeciętny Joe Briefcase może być teleholikiem. Oglądanie telewizji może być złośliwie uzależniające. Możliwe, że złośliwie uzależnia dopiero wtedy, gdy notorycznie przekracza się perwien próg ilościowy, lecz to samo dotyczy trunku Wild Turkey. Przez „złośliwy” i „uzależniający” też nie chcę powiedzieć „zły” czy „hipnotyzujący”. Czynność jest uzależniająca, gdy nasz stosunek do niej plasuje się na opadającym continuum pomiędzy lubieniem odrobinę za bardzo a prawdziwą potrzebą. Wiele uzależnień, od gimnastyki po pisanie listów, ma charakter łagodny. Rzecz staje się złośliwie uzależniająca, gdy (1) przysparza nałogowcowi realnych problemów i (2) staje się remedium na same problemy, które przysparza (nie zaczerpnąłem tej definicji z żadnego autorytatywnego źródła, ale brzmi to skromnie i zdroworozsądkowo). Złośliwe uzależnienie cechuje się również tym, że rozprzestrzenia problem w schematach interferencyjnych, stwarzając trudności w związkach, wspólnotach i samopoczuciu samego nałogowca. W ujęciu abstrakcyjnym powyższa hiperbola może się wydać naciągana, ale nietrudno znaleźć konkretne ilustracje złośliwie uzależniającego oglądania telewizji.

* * *

Myśl, że sam rozbuchany wybór rozwiąże nasze telewizyjne pęta, dowodzi skrajnego braku realizmu. Nadejście telewizji kablowej zwiększyło wybór z czterech czy pięciu do ponad czterdziestu synchronicznych alternatyw, co nie osłabiło telewizyjnej władzy nad postawami mas. Wygląda raczej na to, że Gilder widzi nadchodzący przełom lat dziewięćdziesiątych jako awans amerykańskiego widza od biernej recepcji faksymiliów doświadczenia do aktywnej manipulacji faksymiliami doświadczenia. Warto zakwestionować Gilderową definicję telewizyjnej „bierności”. Jego „new tech” istotnie położyłby kres „bierności prostego odbioru”. Ale bierność Widowni, uległość zawarta w całej kulturze oglądania pozostałaby nienaruszona przez telekomputery.

* * *

Przyrost w postępie geometrycznym masy telewizyjnych obrazów i odpowiednio zwiększona moja zdolność cięcia, wklejania, powiększania i łączenia ich dla zadośćuczynienia mojej fantazji, przez co rośnie moje przywiązanie do owej fantazji, realne zaś doświadczenia (których telekomputerowe ersatze są niepomiernie atrakcyjniejsze i kontrolowalne) blakną i stają się coraz bardziej frustrujące, a ja sam uzależniam się jeszcze bardziej od swojego mebla. Pomnożenie liczby wyborów i opcji wskutek lepszej technologii nie naprawi niczego, dopóki amerykańska kultura nie odniesie się poważnie do źródeł wglądu w relatywną wartość, nie stworzy przewodników po dlaczego i jak wybierać między doświadczeniami, fantazjami, przekonaniami i skłonnościami. No tak, wgląd i przewodnik po wartościach należały kiedyś do zadań literatury, nieprawdaż? No ale kto będzie chciał brać takie rzeczy na serio w ekstatycznym życiu posttelewizyjnym, w którym Kim Besinger czeka na jego interakcje?

Oddalanie się od bycia już dość oddalonym od wszystkiego

Jakiś świniarz kopie swoją świnię, żeby się obudziła, bo chce jej dorzucić trocin do kojca; Tubylcza Towarzyszka wydaje zbolały jęk. W tej świniarni jest dokładnie dwoje obrońców praw zwierząt. Oboje obserwujemy ponure, zimne zawodowstwo tutejszych agronomów. Oto pierwszorzędny przykład duchowej alienacji od ziemi jako fabryki. Tylko po co trudnią się hodowlą, tresurą i opieką nad zwierzęciem, po co ciągną je aż na Targi Stanu Illinois, skoro w ogóle im na nim nie zależy?
Nagle przypomina mi się, że wczoraj jadłem bekon i już nie mogę się doczekać pierwszego corn doga tych Targów. Stoję tu, załamując ręce nad zestresowaną świnią, a potem będę wcinał corn doga. Stąd moja niechęć do udania się do świniarza z żądaniem natychmiastowej pomocy dla cierpiącego hampshire’a. Mogę sobie wyobrazić, jak ten farmer by na mnie spojrzał.
Nie jest to głęboka obserwacja, ale pośród świńskich wrzasków i rzężeń uderza mnie myśl, że ci agrokulturyści nie postrzegają swego inwentarza jako pupilów czy przyjaciół. Tkwią po prostu w agrobiznesie wag i mięs. Są zdystansowani nawet na Targach, przy tej Specjalnej okazji do komunii. A właściwie czemu nie? - nawet na Targach ich produkty nadal się ślinią, śmierdzą, żrą własne ekskrementy i wrzeszczą, a praca zwyczajnie nie ma końca. Potrafię sobie wyobrazić, co taki farmer sobie o nas myśli, rozczulających się nad świnią: my, targowi turyści, nie musimy babrać w hodowaniu i karmieniu naszego pysznego mięsa: nasze mięso po prostu materializuje się w budce z corn dogami, co pozwala nam oddzielić własne zdrowe apetyty od sierści, wrzasków i wywróconych ślepi. My, turyści, hołubimy swoje czułe sentymenty wobec praw zwierząt z brzuchami pełnymi bekonu. Nie wiem, jak subtelne poczucie ironii ma przeciętny farmer, ale moje ostrzyło się na Wschodnim Wybrzeżu i czuję się w Świniarni jak ostatni baran.

* * *

Obrazy z Piasku. Obrazy ze Strzępionych Wstążek. Podwójne Hermetyczne Okna Termalne. Trudna do opisania budka, w której reklamuje się NAJNOWSZY ZAAWANSOWANY OBROTOWY OBCINACZ WŁOSÓW W NOSIE, na którego drugim szyldzie czytamy (bez zgrywu): Nie wyrywaj włosów z nosa, może to spowodować śmiertelną infekcję.
[…]
A ludzie to wszystko kupują. Unikatowe produkty Expo przeznaczone są dla pewnego typu obywatela Środkowego Zachodu, o którym prawie zapomniałem. Nie zauważyłem jakoś nieobecności tych osób w alejkach i przy eksponatach. To, co teraz powiem, zabrzmi teraz wschodnio-wybrzeżowo, ale też elitarnie i snobistycznie. Lecz fakty są faktami. Szczególną społeczność zakupowiczów w Budynku Expo stanowią członkowie środkowozachodniej podgromady potocznie, chociaż nieuprzejmie, zwani Kmart People. Dalej na południe należeliby do marginalnej grupy Białych Śmieci. Kmart People mają skłonność do otyłości, poliestru, ponurej miny, holowania nieszczęśliwych dzieci o szklanych oczach. Noszą wzruszające tupeciki przycięte pod garnek, a makijaże kobiet są przesadne i często asymetrycznie nałożone, przez co nadają wielu damskim twarzom wyraz demencji. Mają kłótliwe głosy i sztorcują swoje rodziny. To ten typ ludzi, którzy policzkują swoje dzieciaki przy kasach w supermarkecie. Pracują w zakładach Krafta w Champaign lub w A.E. Staleya w Decatur i uważają, że zawodowe zapasy dzieją się na serio. Bardzo mi przykro, ale to prawda. Chodziłem do średniej szkoły z Kmart People. Znam ich. Mają broń palną i nie polują. Ich ambicją jest posiadać doma na kółkach. Czytają „Star” bez najmniejszej pretensji do pogardy i używają papieru toaletowego z nadrukiem w wyblakłe dowcipy. Paru mogło się zgłosić na Pokaz Traktorów albo wyścig U.S.A.C., ale większość jest na Expo. Po to tu przyjechali. Co ich obchodzą etanolowe eksponaty albo karuzele w wesołym miasteczku, na których siedzenia trudno się wcisnąć. Rolnictwo śmolnictwo. A Gubernator Edgar to cichy lewak: słyszeli o tym w radiu. Drepczą tu i tam z minami niepewnymi i mocno zdziwionymi, jak gdyby byli pewni, że to, po co tu przyjechali, musi być gdzieś indziej. Żałuję, że nie ma ze mną Tubylczej Towarzyszki: jej opinię na temat Kmart People są godne cytowania. Duża dziewczyna z tatuażami i okutanym niemowlęciem nosi T-shirt z nadrukiem: UWAGA: PRZECHODZĘ OD O DO ŚFINI W 2,5 PIWA.

* * *

W jakimś sensie jesteśmy tu wszyscy na pożarcie, paszcza Bramy Głównej nas wchłania, powolna, zbita masa ludzka przesuwa się perystaltycznie po zawiłym układzie rozgałęzionych alejek, wdaje się w skomplikowane transfery gotówki i energii w straganach ciągnących się wzdłuż alejek, aby wreszcie – pełna i sflaczała zarazem – dać się wydalić przez wyjścia przeznaczone dla dużego przepustu. No i mamy wystawy jedzenia, i pokazy produkcji jedzenia, niezliczone budki z jedzeniem i perypatetyczną konsumpcję jedzenia. Publiczne Nocniki i komunalne urynały. Wilgotną temperaturę ludzkiego ciała na terenie targowym. Żywy inwentarz oceniany i oklaskiwany jako przyszłe jedzenie, podczas gdy zwierzęta stoją we własnym łajnie, przeżuwając miazgę pokarmową.
A do tego wszystkiego mamy wszelkie udosławniacze wszelkiej metafory, czyli małe dzieci – bokserów, pożeraczy krówek, przypadki porażenia słonecznego, przypadki przedawkowania adrenaliny Nadzwyczajnych Zdarzeń – wiejskich obywateli jutra Środkowego Zachodu, wszystkich rzygających.

David Lynch ocala głowę

Sporą część winy za niespójność Diuny ponoszą jednak producenci De Laurentiisa, którzy tuż przed premierą filmu powycinali setki metrów z ostatecznej wersji Lyncha, jakby już zwęszyli klęskę i próbowali skrócić wszystko do normalnego czasu trwania produkcji kinowej. Nawet na wideo można łatwo rozpoznać miejsca cięć: film sprawia wrażenie wybebeszonego, niezamierzenie surrealistycznego.

Ale dziwna rzecz: Diuna stała się jednocześnie „przełomem” w życiu Lyncha jako filmowca. Ta wersja Diuny, która ostatecznie weszła do kin, była dla niego, jak donoszą wiarygodne źródła, nożem w serce, fiaskiem z gatunku tych, które w Mitach o Niewinnym Idealistycznym Artyście w Mackach Hollywoodu zapowiada gwałtowny koniec Niewinności artysty – uwiedzionego, omamionego, zgwałconego i pozostawionego na pastwę publiczności i gniewu możnych. Doświadczenie z Diuną mogło łatwo zamienić Lyncha w zgorzkniałego (chociaż pewnie bogatego) wyrobnika, kręcącego krwawe łaźnie dla komercyjnych studiów (kto chce się przekonać, jak Hollywood i jego metody potrafią zmienić to, co żywe i cool w reżyserze, powinien przyjrzeć się niedawnej trajektorii przemiany Roberta Rodrigueza – od znakomitego, żywiołowego El Mariachi, po krwawo pretensjonalnego Desperado i żenująco puste Od zmierzchu do świtu. Bardzo smutna historia). Albo też mogło go skłonić do odejścia na akademię, gdzie kręciłby kamerą 16 mm hermetyczne historyjki dla widowni z fajkami i w beretach. Tymczasem nic takiego się nie stało. Lynch zarazem wytrwał i – na jakimś poziomie – poddał się. Diuna przekonała go o tym, czym się kierują wszyscy prawdziwie interesujący niezależni filmowcy – Campion, bracia Coen, Jarmusch, Jaglom. „To doświadczenie dało mi cenną lekcję”, powiedział Lynch w wywiadzie lata później. „Przekonałem się, że wolę nie zrobić jakiegoś filmu w ogóle, niż zrobić film, w którym nie ja sam dokonuję ostatecznych cięć”.

* * *

Film artystyczny jest w istocie swojej teologiczny: usiłuje różnymi metodami „przebudzić widza”, uczynić nas bardziej „świadomymi”. (Ten cel działania może łatwo zdegenerować film w pretensjonalny, prawomyślny i pobłażliwy gniot, ale sam cel jest szlachetny i w porządku). Film komercyjny nie wydaje się zanadto przejmować pouczaniem czy oświecaniem widza. Celem filmu komercyjnego jest widza „rozerwać”, co na ogół wiąże się z fantazjami, dzięki którym widz może udawać, że jest kimś innym, a życie jakoś większe, bardziej spójne, bardziej emocjonujące i atrakcyjne, krótko mówiąc, po prostu fajniejsze niż prawdziwe życie widza. Można powiedzieć, że film komercyjny nie tylko nie próbuje widza obudzić, ale wręcz go usypia, podsuwając tak przyjemne sny, że widz sięgnie głębiej do portfela, żeby ich doświadczyć – to uwodzenie, transakcja „fantazja za pieniądze”, jest racją bytu filmu komercyjnego. Racje bytu filmu artystycznego są raczej intelektualne i estetyczne, więc gdy płacimy za obejrzenie filmu artystycznego, płacimy w istocie za swoją pracę (podczas gdy jedyną pracą, jaką musisz wykonać dla większości filmów komercyjnych, jest zajęcie, które ci dostarcza pieniędzy na zakup biletów do kina).

O filmach Davida Lyncha mówi się często, że plasują się w pół drogi między kinem artystycznym a komercyjnym. W istocie plasują się one na całkiem odrębnym terytorium. Większość najlepszych filmów Lyncha nie ma zbyt głębokiego przesłania, przez co opierają się one procesowi interpretacji, który pozwala zrozumieć główną myśl obrazu filmowego (z pewnością w kinie awangardowym). Rozumie to brytyjski krytyk Paul Taylor, gdy mówi, że filmów Lyncha należy „raczej doświadczać, niż [je] objaśniać”. Filmy te poddają się w istocie rozmaitym wyrafinowanym interpretacjom, ale byłoby poważnym błędem wyciągnąć stąd wniosek, że rację bytu tych filmów stanowi stwierdzenie: „interpretacja filmu jest z konieczności wielowartościowa”, czy jakoś tak – to po prostu nie są tego rodzaju filmy.

* * *

Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię

[Z ulotki armatora Celebrity]
„Samo wyglądanie na morze z relingu statku ma niezwykle kojący efekt. Gdy dryfujemy niczym chmura po wodzie, ciężar codziennego życia zostaje z nas magicznie zdjęty i zdajemy się unosić na morzu uśmiechów. Uśmiechów nie tylko na twarzach innych gości, ale też na obliczach obsługi statku. Gdy steward z radością przynosi ci drinki, wspominasz mu o uśmiechniętej załodze. Steward tłumaczy, że personel Celebrity znajduje przyjemność w staraniach, aby rejs był dla ciebie doświadczeniem beztroskim, i w traktowaniu ciebie jako gościa honorowego ...”. (W odpowiedzi jakiemuś żurnaliście rzecznik prasowy Celebrity (urocza Debra Winger, zwana Panią Wiessen) dała takie wyjaśnienie radości załogi: „Ludzie z pokładu – nasz personel – stanowią jedną wielką rodzinę – zapewne zauważył pan to, będąc na statku. Kochają swoją pracę i usługiwanie ludziom, zwracają uwagę na wszystkie zachcianki i potrzeby”.



Nie to zaobserwowałem osobiście. Osobiście zaobserwowałem, że „Nadir” jest statkiem wielce rygorystycznym, kierowanym przez elitarną kadrę surowych oficerów i nadzorców, i że personel żyje w śmiertelnym strachu przed greckimi bossami, którzy go ustawicznie obserwują. Załoga pracuje tak ciężko, jak bohaterowie Dickensa, zbyt ciężko, żeby odczuwać z tego powodu prawdziwą radość. Miałem wrażenie, że Radość, Sprawność i Usłużność figuruje w dokumentach, które greccy szefowie wciąż uzupełniają: gdy myśleli, że nikt z gości im się nie przygląda, pracownicy wyglądali smętnie jak każda źle opłacana służba – a do tego lęk. Miałem wrażenie, że załogant może zostać wylany z pracy za drobne potknięcie jednym kopniakiem wyświeconego greckiego buta, zakończonym długą drogą wpław.

Zaobserwowałem, że niektórzy członkowie personelu darzą sympatią pasażerów, ale była to sympatia względna – nawet najabsurdalniejsze żądanie wymagającego pasażera wydawało się uprzejme i wyrozumiałe w porównaniu z bezwzględnością Greków, za co załoga zdawała się być nam szczerze wdzięczna w taki sposób, w jaki wzrusza nas czysto ludzka przyzwoitość spotykana w Nowym Jorku czy Bostonie).

* * *

Mam dziś trzydzieści trzy lata i odnoszę wrażenie, że dużo czasu już minęło i mija z każdym dniem coraz szybciej. Z dnia na dzień muszę dokonywać rozmaitych wyborów, decydować co jest dobre, ważne i zabawne, a potem muszę sobie żyć ze świadomością, że sam zamknąłem sobie wszystkie pozostałe opcje. Zaczynam też dostrzegać, że przychodzi czas, gdy moje wybory się zawężą, a wykluczenia wzrosną w postępie geometrycznym, tak że w końcu dojdzie do tego, że wyląduję na jednej cienkiej gałązce bujnie rozgałęzionego drzewa możliwości i pozostanę na niej uwięziony, a czas będzie mnie popędzał przez okresy stagnacji, atrofii i rozkładu, aż spadnę po raz trzeci, bezapelacyjnie zatopiony przez czas. To przerażające. Ale ponieważ uwiężą mnie moje własne wybory, wydaje się to nieuniknione – jeśli chcę być dorosły, muszę dokonywać wyborów, żałować niewykorzystanych możliwości i jakoś z tym żyć.

Inaczej jest na luksusowym, nieskazitelnym „Nadirze”. Na Luksusowym Rejsie 7NK płacę za oddanie się w ręce wyszkolonych profesjonalistów, odpowiedzialnych nie tylko za moje doznania, ale też za moją interpretację owych doznań – czyli przyjemność. Moja przyjemność jest efektywnie zarządzana przez siedem nocy i sześć i pół dnia – tak jak to obiecały reklamy firmy – a nawet więcej: jak to się już stało w reklamach, z ich drugoosobowym trybem rozkazującym, który z nich czyni nie obietnice, lecz przepowiednie. Na pokładzie „Nadiru”, tak jak to zostało przepowiedziane w broszurze na stronie 23, robię (złotymi literami) „… to, czego od bardzo dawna nie robiłeś: Absolutnie Nic”.

Od jak dawna nie robiłeś Absolutnie Nic? Ja wiem to dokładnie. Wiem dokładnie ile czasu minęło, odkąd wszystkie moje potrzeby były spełniane przez kogoś z zewnątrz, i to tak, że nie musiałem ich wyrażać. W owym czasie też unosiłem się na płynie, był to płyn słony, ciepły, lecz nie zanadto, i – o ile byłem świadomy – na pewno nie czułem strachu i było mi naprawdę dobrze, tak że chętnie byłbym wysłał do wszystkich pocztówki „Szkoda, że cię tu nie ma”.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *