07.04.2017

Kwiat Lotosu

źródło: Peripitus - Own work, GFDL
Należałoby coś zapisać, zapisać spostrzeżenia z życia stacji paliw. Równie dobrze mogłyby to być zapiski człowieka oddającego się pasji siedzenia na kasie w jakimś markecie większym lub mniejszym. Los jednak chciał, żeby to była właśnie stacja paliw. Wypadałoby się przedstawić i przywitać.

- Witam na stacji paliw.
- Nie wiem, trójka, czwórka, tam na samym końcu.

Tak więc ja witam, a ten drugi porozumiewa się ze mną specyficznym, zrozumiałym tylko dla niego kodem. Zresztą nie wymagajmy zbyt wiele, słowo „witam” nie powoduje w drugim człowieku reakcji łańcuchowej, która wydobywa z jego ust słowa „dzień dobry”. Mamy zamiast tego bardzo popularne stwierdzenie „nie wiem”. Przypomina to trochę rozmowę przeprowadzoną pomiędzy głównym bohaterem filmu Dzień świstaka i jego „znajomym” sprzed lat. Problemem w tamtym przypadku był fakt, że jednym z nich był przedstawiciel ubezpieczeniowy. Tu nie ma nawet „znajomych”, tu liczy się każdy litr, każdy sprzedany batonik. Wszystko w myśl zasady: twój znajomy lub krewny jest klientem i należy mu coś zaproponować, bo prywaty nie ma, jak nie chcesz zaproponować znajomemu lub krewnemu, to niech on da ci pracę!

- To będzie czwórka proszę pana. Proponuję dwa Prince Polo za pięć złotych.
- Nie piję tego gówna. Wie pan ile w tym wszystkim jest chemii?
- Dwadzieścia złotych, dwadzieścia pięć groszy.
- Drogie macie to paliwo.

Nie wie, co mu się proponuje, ale wie, że chemia. Przyjechał z własnej nieprzymuszonej woli, ale ponarzeka na cenę paliwa, bo wypada, bo to jest standardowe podtrzymywanie rozmowy przez klienta. Jednym słowem: co za ociomon! Czasami włącza się irytacja, taki zdroworozsądkowy nerw.

- Płaci pan kartą czy gotówką?
- Kartą. Chwileczkę, ta nie, ta też nie, spróbujmy tą. Możemy zbliżeniowo...

Swoisty język, którym posługuje się klient nie jest dla nas żadnym szyfrem, dla innych tak, dla nas nie. Powyższą wypowiedź o kartach tłumaczymy sobie w głowach następująco: „Kartą. Chwileczkę, na tej nic nie mam, na tej również nic nie mam. Może spróbujemy zbliżeniowo, jak nie będzie połączenia z bankiem to na pewno uda mi się zapłacić”. Także tutaj wychodzi więc na powierzchnię permanentne ociomoństwo. Najważniejsze to zachować twarz, a najlepiej zwalić winę za wszystko, co go spotyka, na szarego pracownika stacji.

- Nie przeszła. Odmowa proszę pana.
- Jak to nie przeszła. Przecież mam pieniądze na koncie. Coś jest u was z połączeniem!
- Zazwyczaj jak jest odmowa to niestety jest brak środków. Ma pan gotówkę?
- Co pan sugeruje?! Że nie mam pieniędzy?! Zapłacę gotówką!!! Pańska obsługa pozostawia wiele do życzenia!!! Ile to było?
- Dwadzieścia złotych, dwadzieścia pięć groszy.
- Proszę!
- Brakuje dwudziestu pięciu groszy.
- (Grrrrrr!!!!!)

I rzuca brakujące dwadzieścia pięć groszy. Co za o...
I jak rzucił dwadzieścia pięć groszy, z którego śmiałem go niby okraść, tak zdarza się wiele sytuacji przedstawiających przekrój polskiego (i nie tylko) społeczeństwa. Wszystkie cechy charakteru, z tymi złymi na pierwszym planie.

Nie wiedzieć czemu pracownik stacji obsługujący klienta jest narażony na kłótnie rodzinne, odbywające się z dala od stacji benzynowej. Nie tylko kłótnie rodzinne odczuwa sprzedawca na stacji, także nie obudzenie się na czas, problemy dzieci w szkole, stan polskich dróg, że zajechał drogę, że wszystko w życiu klienta jest do dupy.

Stojąc na kasie i przyjmując na siebie tę w wielu przypadkach nieokreśloną masę sfrustrowanych ludzi, czujemy się jak gąbki wchłaniające przez każdą porę skóry ich złe samopoczucie, ich wkurw na świat. Wiemy skąd takie nastawienie, czasami próba łagodnego rozwiązania konfliktowej sytuacji, czasami, że się tak wyrażę, rekurw i cała maszyna rusza na całego.

Pierwszą z przyczyn jest trywialne „wstanie lewą nogą”. Właśnie w tej chwili pan Stanisław wstał tą lewą nogą w swoim mieszkaniu, jeszcze nie odczuwa skutków takiego zajścia, jeszcze z lekka jest zaspany. Łazienka – zapomniał kupić wczoraj pastę do zębów, lewa noga daje znać o sobie – pierwszy tego dnia wkurw. Pan Stanisław nie poddaje się, obmywa twarz, z ust lekko sączy się nieświeży oddech, trudno – kuchnia. W kuchni niby wszystko jest w porządku, ale w cichości ducha pan Stanisław zaczyna narzekać, że woda zbyt długo się gotuje, że chleb starszy niż nowszy, pojawiają się następne mikrowkurwiki. Zjada, wypija, wychodzi. Śnieg, mróz, samochód – wkurw już powyżej normy przypadającej na zwykły dzień. Ten dzień jest „na lewą nogę”. I po odśnieżeniu, wyskrobaniu szyb i spojrzeniu na zegarek mamy typowego klienta wkurwionego. Lewa noga daje znać o sobie – światełko rezerwy. Więc wyprawa w nowy dzień zaczyna się od stacji paliw. Szybkie tankowanie za dwadzieścia złotych i sklep.

- Witam na stacji paliw.
- (foch) – dwadzieścia złotych wygrzebane i już prawie podane...
- Proponuję gumy Orbit.
- A co, niby mi z ust śmierdzi? - taki niby żart, a jednak pojawia się u pana Stanisława wspomnienie pasty do zębów.

I już nie ma żartu, już jest „lewa noga” i czujemy jako sprzedawcy, że może być wkurw i nawet ten słynny rekurw sprzedawcy. Pan Stanisław, cały czerwony, powstrzymuje się jednak i wychodzi, słysząc za sobą słowa „dziękujemy za wizytę i zapraszamy ponownie”. Odpowiada więc niby tylko do siebie „pierdol się!!!”, drzwi się zamykają. Pan Stanisław odjeżdża myśląc, że powiedział, ale nie zostało usłyszane i tu się jednak myli. Sprzedawca usłyszał, zanotował, przy najbliższej okazji spowoduje, że pan Stanisław przypomni sobie o swoim „dniu lewej nogi”. W sumie może sobie nie przypomni i będzie następnym razem myślał, czuł, że ten sprzedawca najchętniej skopałby mu tyłek za wulgaryzmy, o których już nie pamięta.

* * *

Poranne korki i ja stojący na przystanku popalając papierosa, obserwujący te niesłyszane, a widziane przez szyby „kurwy” i „chuje”. Widzę tylko mimikę twarzy, grymasy, otwierane i zamykane usta, które wyrzucają z siebie bluzgi. A więc palę papierosa i przyglądam się, i przypomina mi się jeden film:

Los Angeles. Jest niezwykle upalny dzień. Mężczyzna w samochodzie, na którego tablicy rejestracyjnej widnieje napis D-Fens - od angielskiego "defense", czyli obrona, stoi znów w korku ulicznym. Zaciska zęby i stara się zachować spokój, chociaż przeżywa trudny okres. Stracił pracę inżyniera i rozwiódł się z żoną. Teraz jedzie na przyjęcie urodzinowe swojej nieletniej córki. Upał w samochodzie staje się nie do wytrzymania. D-Fens bezskutecznie usiłuje uruchomić klimatyzację, nie udaje się mu również uchylić szyby. Latająca w środku auta mucha działa mu na nerwy. Nie może jej złapać i wpada we wściekłość. Porzuca samochód. Próbuje dodzwonić się do swojej byłej żony. Wkrótce brakuje mu drobnych do automatu telefonicznego. W pobliskim sklepie właściciel nie chce mu rozmienić dolara i żąda, aby coś kupił. Wymiana zdań kończy się bójką. D-Fens wychodzi ze zdemolowanego sklepu uzbrojony w kij baseballowy. Martin Prendergast, policjant z wydziału kryminalnego, jest ostatni dzień w pracy, odchodzi na emeryturę. Wśród kolegów uchodzi za niewygodnego outsidera, ale jest jedynym, który może powstrzymać D-Fensa, tykającą bombę zegarową w ludzkiej postaci...

A może to nie Martin Prendergast jest tym, który ma rozbroić tę tykającą bombę, może to właśnie ten krok wcześniej jest najważniejszy? Ten sprzedawca ze sklepu, ten ze stacji?

Przypadek D-Fensa ma już ugruntowaną w psychiatrii nazwę – road rage, czyli po polsku wściekłość drogowa. Zacytuję za czasopismem „Książki”:

W 1996 roku wściekły kierowca na obwodnicy Londynu (zwanej przez tubylców „najdłuższym parkingiem świata”) zamordował innego kierowcę i jego narzeczoną. W Los Angeles, mieście symbolu kultury samochodowej, Jack Nicholson miał dwa lata wcześniej atak „road rage” – wyskoczył z samochodu i powybijał szyby innemu kierowcy, który podobno nieelegancko się przed niego wcisnął w korku (i też stanął, tyle że parę metrów dalej).
Gately cytuje oficjalny raport, zgodnie z którym w latach 1990-1996 w USA miało miejsce 218 morderstw na tle „wściekłości drogowej”.

I tak właśnie pracownicy stacji są pomiędzy D-Fensem i Nicholsonem. Korek do obwodnicy gdańskiej i znajdzie się kilku „rejdżowców”, których trzeba „rozbroić” regułką:

- Witam na stacji...
- Proponuję snickersa...
- Dziękuję za wizytę i zapraszam ponownie...

A oni mają chęć obić ci twarz za te bzdety...

* * *

Pod koniec dnia na stację przyjechali Cyganie i jak zwykle po obsłużeniu każdy z nas poszedł do ubikacji umyć dłonie. Jest to zwyczaj, który pozwala nam zachować higienę po przeliczeniu klejącego się do palców bilonu. Bilon ten, rozgrzany do czerwoności, jest wynikiem litości, jaką obdarzają żebrzących Cyganów starsi ludzie. Gdyby tylko ci staruszkowie lub szczerze oddający się wierze ludzie zobaczyli, co kupują na naszej stacji ci potrzebujący! Ale to jest stacja, to jest inny poziom percepcji.

Zwykle jest benzyna w baniakach (do agregatu prądotwórczego) i Marlboro light w twardym opakowaniu (bo te w miękkim są niedobre, dodajmy że tańsze, ale cyganów stać na wiele; no i w ogóle najdroższe papierosy na stacji). Do zestawu często dołączane jest Heyah za pięć złotych i Tiger. Wspomniany napój energetyczny mógłby kosztować dwa razy więcej, i tak by kupili, takim zaufaniem darzą Dariusza Michalczewskiego. Znamy też wesela, święta i okresowe wyjazdy Cyganów do Rumunii lub Bułgarii. Wtedy pieniądze ze mszy już nie kleją się tak bardzo, ładne banknoty stuzłotowe wyjmowane są z plików na modłę bankierską, po sto egzemplarzy w pakiecie. Tankowania do pełna (ponad trzysta złotych za tankowanie), Red Label zamiast Johnny'ego Walkera (bo ten pierwszy napis jest większy), wagony Marlboro light, wykupują praktycznie połowę naszego stacyjnego sklepiku. Cygan potrafi zaszaleć.

I tak właśnie między ich świętem i naszymi różnymi świętami przywożą raz grube, raz drobne. Wspomnianym było, że drobne aż parzą, są gorące i klejące. Pewnego nudnego dnia, kiedy współczynnik Cyganów do reszty mieszkańców osiedla był zastraszająco wysoki (zapewne jakaś niedziela lub Zielone Świątki), odgadliśmy fenomen „gorącego drobniaka”, za który kupują w sumie najdroższe specjały. Chórem uznaliśmy – przechowują te klepaki w odbytach, a ich jakość zapachową i wizualną poprawiają prezerwatywy, w które pieniądze są opakowane. Komuś takie pisanie wyda się obrażaniem i sprzecznością z zasadami political correctness. Nic bardziej mylnego! Przykład? Któregoś dnia, wieczora lub nocy cygańska kobieta została zadźgana nożem przez jednego ze starszych Cyganów, ponieważ nie przyniosła odpowiedniej kwoty z żebrów. Tak więc wszystko jest możliwe.

I tak właśnie te namiętnie nawiedzające rzesze Cyganów podbijają sprzedaż na sklepie. Coś kupią za uczciwie zarobione pieniądze, przekazane im od czujących empatię starszych i młodszych, przeważnie biednych Polaków. Przy okazji jednak młodsi Cyganie lub małe dzieci próbują poczuć odrobinę adrenaliny i zagłębiają się w różne rejony sklepu, aby z namaszczeniem oddać się typowemu „szacher macher”, czyli ukraść odrobinę leżącego na półkach towaru. Wydaje się, że są instruowani przez dorosłych, że jak nie uda się im ukraść jakiegoś batona, to starsi im nie kupią, bo sami wolą Marlboro, Heyah lub Red Label, których ukraść się nie da, gdyż są za kasami. A lepią się te pieniądze, lepią.

Czasami przyjeżdżają do naszych Cyganów goście z „placówek” rozmieszczonych w innych krajach, ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Są elitą w porównaniu z kościelnymi dziadami z Polski. Jeden z takich „bogaczy” poczuł się na tyle światowy i uznał, że należy mu się toilet, bo kupił kawę. Znak rozpoznawczy: koszulka YSL, dżinsy Lewisa i buty Diesla. Światowiec przez wielkie Ś. Bez połowy zębów.

- Jest tu toilet? - zapytał.
- Nie ma toilet, nasza stacja nie ma żadnych toiletów – odpowiedziałem.

Nie zważając na to, że nie ma oficjalnej toilet, postanowił sprawdzić, co jest za drzwiami z napisem WSTĘP WZBRONIONY. Zaszedł więc do naszej prywatnej, pracowniczej toilet.
- Gdzie on jest? - pytam się koleżanki.
- Nie wiem – odpowiada.
- Jest kawa a jego nie ma?! Co za pierdolony przypadek! - odpowiedziałem.

Poszedłem do naszej toilet i walnąłem kilka razy pięścią w drzwi.

- Wypierdalaj stamtąd!!!
- Ale o so choci? - odpowiedział.
- Nie kurwa jakieś „o so choci” tylko kurwa wypierdalaj, rozumiesz?!
- Jusz, jusz.

Wyszedł. Podciągał gatki, obsrał muszlę.

- U nas kurwa nie ma toilet, rozumiesz kurwa mać!
- Ale o so choci?
- O gówno!!! Wypierdalaj stąd!!!

Jakiś czas później ten „światowiec” postanowił zrobić „napad” na naszą stację. Z pomocą miejscowych kolegów nasrał na własne gniazdo, ukradli dwa czteropaki Red Bulla i przez dwa tygodnie nie mieli możliwości robić żadnych zakupów na stacji, typowe embargo za karę. Po dwóch tygodniach oddali lepkie pieniądze za ukradzione rzeczy.

Niektóre drobniaki się nie lepią. Mieliśmy przypadek – z samego rana, późną jesienią, przyjechali i wysłali jednego młodszego na stację, żeby zakupił Heyah i Tigera za pieniądze wyżarte przez wodę z fontann. Turyści latem wrzucają pieniążek na szczęście, a Cygan w ziąbie jesiennych dni wyławia je z trójmiejskich sadzawek. I liczy się te drobniaki, grunt że się nie lepią. Niech będzie, że na szczęście.

* * *

Tym razem Cyganka:

- Jest tu tojlet?
- Niestety nie ma.

Wychodzi. Wchodzi młodsza, z dziesięć lat młodsza od poprzedniej, tak z kilkanaście lat, i pyta:

- Jest tu tojlet?
- Niestety nie – odpowiada koleżanka.

Młoda Cyganka wychodzi. Wchodzą dzieci i jeden ze starszych mężczyzn.
Zakupy, namolne kręcenie się, Tigery, Marlboro i heyah, heyah za 5, wszystko płacone osobno, paragony wylatują w rytm wyrzucanych drobniaków, wszystko szybko, i jeszcze za baniak benzyny, i jeszcze dwa Tigery, bo promocja. Kobiet nie ma, nie widać ich, po chwili wychodzą zza rogu i wsiadają do samochodu. Dzieci może coś ukradły, kupiły jednak najtańsze batoniki, mężczyzna wychodzi, za nim dzieci. Wsiadają do samochodu, odjeżdżają. Cisza, spokój, nie ma ich. Po części jednak zostali, w szczątkowej formie, ale z polotem, z ułańską wręcz fantazją.

Nic byśmy nie zauważyli, gdyby nie jawność tego, co zrobiły Cyganki. Nie wiem, może na złość, może z beznadziejnej sytuacji niemożności załatwienia swoich potrzeb. Podobno jedna zasłaniała drugą i ta druga wypróżniła klasycznych kształtów KUPĘ przy naszym magazynie.
Kupa leży, nikt jej nie rusza, muchy znalazły pożywienie. Wieczorem pojawia się jeden z ważniejszych Cyganów, całkiem sympatyczny człowiek. Obok mnie stoi Karolina, czuję w powietrzu awanturę o kupę, dosłownie i w przenośni.

  


- Wiesz, muszę ci coś pokazać – mówi Karolina do Cygana. – Chodź, chodź – z lekka podnosi głos i wskazuje palcem fekalia.
- Jak myślisz, kogo to kupsko?! - rozbrzmiewa podniesiony głos Karoliny. Zaczyna się, myślę.
- A skąd?! - odpowiada Cygan i robi jednocześnie minę zaszokowania i obrzydzenia.
- To gówno zostawiła jedna z waszych kobiet dziś po południu! Czy mógłbyś łaskawie przekazać reszcie, że jak będziecie srać w poniekąd wasze gniazdo, to na nowo wprowadzimy ulubione przez was embargo na zakupy na naszej stacji! - powiedziała i uśmiechnęła się szelmowsko.
- A jak ja mam to oficjalnie powiedzieć? Trzymamy się pewnych zasad, jak powiem to jak wrócę, to połowa mężczyzn będzie chciała mi uciąć kciuk, bo będzie myślała, że mówię o jego kobiecie! - rozłożył ręce i uśmiechnął się cierpko. - Nie da rady.
- W razie czego służymy monitoringiem, żebyś chociaż ty wiedział – odpowiedziała z pełną satysfakcją Karolina.

Zastanawiamy się czasami, jakimi kryteriami oni się posługują w swoim postępowaniu, że z jednej strony dają się lubić, a z drugiej doprowadzają nas wszystkich do pasji. Same sprzeczności. 

Przypomina się pewna sytuacja, która miała miejsce w zimie rok czy dwa lata temu.
Tak więc zima, niedziela, wcześnie rano. Ktoś by powiedział: śnieg, pot i łzy. Niedziela to u Cyganów okres łowów przykościelnych, wspomniani starsi i młodsi z wielkim sercem oddają drobne. 

I mamy samochód, kombi i dwóch Cyganów w środku. Podjechali i nie mają zamiaru wyłączyć silnika podczas tankowania. Tak więc włącza się nam, pracownikom stacji, dyscyplina, ordung.
- Proszę zgasić silnik, bez tego nie ma tankowania – powiedział Grzegorz otwierając lekko drzwi sklepu.
- Ale nie zapalimy – odpowiada grubszy z wąsem.
- No to trudno.

Zgasili silnik, zatankowali, zapłacili i nie pojechali. Dwóch mężczyzn nie dało rady popchnąć i nagle okazało się, że w samochodzie jest z dziesięć czy dwanaście kobiet i dzieci. Wszyscy jak na zawołanie wyskoczyli ze wszystkich drzwi i popchnęli. Samochód odpalił. I jak nagle się pojawili, tak znienacka zniknęli, znów było tylko dwóch mężczyzn. Fatamorgana w środku zimy? Uśmiech na naszych twarzach pozostał na bardzo długo.

To tak na śmiesznie, może tylko dla nas. Ze smutniejszych, tych bardziej gównianych sytuacji jest przykład. Cyganom potrzebne są baniaki na benzynę, tu i teraz, nie potrafią zadbać i zachować na dłużej jakichś sprawniejszych pojemników. Z rana znaleźli butlę, butla ta jednak nie pasowała więc schowali ją z powrotem do śmietnika. Po południu mała dziewczynka wzięła tę butlę, ale przy okazji, nie wiedzieć dlaczego, postanowiła wyrzucić na ziemię inne śmieci, które nic a nic nie przeszkadzały wyjęciu butli. Czasem zabawni i normalni, czasem tragiczni i śmieszni w swoim postępowaniu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *