25.12.2017

Każdy ciągnie swój wózek

  
Przyglądam się im z mieszanymi uczuciami. Inni są bardziej stanowczy w sądach i mówią, że nie powinni żyć, niech zdechną, niech nie zaśmiecają przestrzeni. Ja zaś przypatruję się pełen sprzeczności wewnątrz siebie.


Czasami chciałoby się pomóc, doradzić, dać jakieś drobne. Zawsze jednak włącza się jakieś światełko, które ostrzega przed byciem dobrym wujkiem. Traktuję ich odrobinę jak dzieci, bo ani się nie umyją, ani nie zjedzą jak należy, nie ubiorą, nie upiorą. Z jednej strony wesprzeć, z drugiej skarcić za złe zachowanie.

Chodzą popychając przed sobą zdekompletowane wózki dziecięce. Najważniejsze, żeby miały sprawne ośki, koła, stelaż, reszta nieistotna. Najważniejsze, żeby dowiozły na złom żeliwne kaloryfery, aluminiowe ramy, butelki po piwie, których w żadnym sklepie nie chcą im przyjąć. Cały dobytek na czterech małych kółkach. 

Kiedy ich widzę tak kroczących wydaje mi się, że życie dopisało epilog do ich drogi. Kiedyś może próbowali sił z nowym wózkiem i małym dzieckiem w środku, które się do nich uśmiechało. Jednego dnia szala się przechyliła, wrócili do domu, nie mogli wytrzymać tej męki, tego udręczenia, zgiełku, zgrzytów zębami, narzekań. Odczekali i wyszli na chwilę. Kroczyli ulicą i myśleli, że to był dobry pomysł, że jakoś to będzie. 

O wózku zapomnieli. 

I wcale nie tak nagle mieli ponownie w dłoniach ster pojazdu, który lata temu porzucili. Teraz męka życia, udręczenie wyryte na twarzy, zgiełk miasta, zgrzyty przewożonych metalowych przedmiotów, kurwy rzucane pod nosem. 

I do skupu. Później napić się. Zjeść? Niech bóg broni, słabiej wchodzi procent. Ma kopnąć a nie rozmyć się po gówno wartym żarle z PCK. Noc przy rurach ciepłowniczych, do noclegowni nie da rady, bo sprawdzają czy się piło. Zresztą jak najdalej od przytułków. Nie ma szans, kurwy z Opieki nie będą dyktować, co robić w życiu! Tak mało wyborów w życiu pozostało, takie to życie kurewskie, że nie da się znieść wizyt w Opiece, gdzie trzeba podbić kartę ładu, porządku i czystości wszelkiej. Postanowione, nie schylać się, nie tarzać się w tym gównie! Jebane suki z Opieki, takiego wała!

- Kierowniku, ma Kierownik papierosa odstąpić?
- Nie mam, ostatniego palę.
- A obstawi Kierownik końcówkę?
- Weź się odpierdol człowieku! Nie można spokojnie sobie spalić papierosa, kurwa mać! I weź się umyj, bo śmierdzi aż zatyka!

Bywa inaczej. 

Stoję na przystanku, palę. Idzie w prochowcu, wygląda na Cygana. Zapytał o papierosa, bez niepotrzebnych gadek o Kierownikach, Szanownych, Kolegach, Druhach. Nie mam. Poszedł. Dziwnie wyglądał, nie tak, jak powinien. Da się wyczuć, bezdomniak, ale te ubrania nie śmierdziały, nie były nawet brudne. Może wziął z jakiego Caritasu, może. Nieważne, zapomniałem, było, nie ma.

Kasa na stacji. Obsługa klienta, hot dog, zapiekanka, paliwo, paliwo, paliwo. Wieczór. Klientela się zmienia. Zamiast powracających z pracy jakieś niedobitki po nadgodzinach i pierwsi wyzwoleni, imprezowicze. I bezdomni, bo obok stacji noclegownia. Czasami zamykają się w kiblach, żeby przetrwać noc poza noclegownią, bo wypili i nie zostali wpuszczeni.

I wchodzi on.

Nogi opuchnięte, buty ledwo wsunięte, gołe stopy. Zamiast prochowca sweter. Ledwo idzie, doczłapał się na swoich zdezelowanych kończynach do stolika. Siada, zasypia na chwilę, budzi się, wywala wszystkie rzeczy z kieszeni. Ogólnie papiery, zapisane, jakieś duperele, papierosy, banknot stuzłotowy, trochę drobniaków. Podchodzi do lady z pieniędzmi. Pewnie będzie rocznik, dwusetka 1906.

- Kawę mogę?

Pierwszy w historii przypadek, żeby bezdomny kupił kawę zamiast rocznika. Coś w tej całej układance stereotypów jest nie tak.

- A jaką? Czarną, z mlekiem, cappuccino?
- Zwykła czarna. Tylko niech mi pan zrobi, bo nie mogę sam. Zmarzłem, ręce bolą. Tylko dużo cukru. Bardzo dużo.
- To czarna. Sześć dziewięćdziesiąt.

Podaje sto złotych. Wydaję resztę, podchodzę do kawiarki i robię mu czarną. Sypię cukier, trzy saszetki.

- Można jeszcze? Cukier krzepi.

Jeszcze trzy.

- Da się jeszcze trzy?

Kolejne trzy. Wyszedł z tego rozpuszczony cukier z odrobiną kawy.
Podziękował, podszedł do stolika i usiadł. Siedzi, pije, siedzi. Zasnął. Obudził się po chwili. Pije. Głowa opadała mu powoli, powoli się wznosiła, mantra w zwolnionym tempie. Spojrzałem na oczy. A w oczach ogień. Jakby ten człowiek miał z czterdzieści stopni gorączki. Ktoś by powiedział, że to jakiś opętany.

- Papierosy, cholera, brakuje mi jednego, nie, dwóch mi brakuje! - mówił ni to do siebie, ni to do innych, do mnie na przykład. Jak aktor bez reszty owładnięty swoją rolą. Tak rzeczywisty i nierzeczywisty zarazem.

Rozejrzał się dookoła i ciągnął dalej.

- Bo te papierosy, ten tytoń to zbawienie i przekleństwo zarazem. Zbawienie dla Indian i przekleństwo dla Białych. To taka cicha broń, zemsta Indian za to, co Biali zrobili im przez wszystkie wieki. Za te wszystkie mordy i prześladowania, upokorzenia i zepchnięcie do roli niewolników. Oni przez lata cierpieli, ale potrafili nie zachłystywać się dymem tytoniowym. Białasy były, są i będą zachłanne. I dlatego zbawienie i przekleństwo. Dla Indian zbawienie, dla Białych przekleństwo! Wszystkich Białych toczy rak! Jak się tak człowiek napatrzy na te obrazki na opakowaniach to może zrozumie. Ale i tak nie zrozumie! Jasne, zrozumie, że może tam w mękach kiedyś umrze, ale nie zrozumie, że to taka najcichsza z cichych zemsta Indian. I do piachu, do piachu jeden po drugim. Gdzie są te moje dwa westy, ech.

rys. Iza Pydo


Zamilkł przeglądając swój dobytek w poszukiwaniu dwóch westów. I dobrze, że zamilkł, bo na stację weszli dwaj nie dający taryfy ulgowej bezdomnym.

- Sześć leszków małych, bo dziś słaby Lech był, przegrał, to będą małe leszki – wzięli z lodówki, płacą, obracają się w kierunku stolika, na którym bałagan i poukładane i policzone westy – E, kurwa, chcesz leszka?
- Tak – ale to „tak” było najcichszym „tak”, jakie mógł z siebie wydobyć bezdomny.
- Masz, kurwa, Arka wygrała z Lechem, a to mecz brata z bratem, to nie będzie wpierdolu tym razem, będzie piwko – obrócili się do mnie -  Dla niego jeszcze jednego leszka policzyć.
- Dwadzieścia osiem złotych – odpowiedziałem i kątem oka spojrzałem w kierunku stolika. A tam już nie było bałaganu, nie było poukładanych westów, Indianin człapał już z butelką Lecha do drzwi wyjściowych. Drzwi się rozsunęły, zniknął w ciemności.
- Ale jebany szybki, boi się, dobrze! Niech się kurwa boi, bo jak Arka przegra, to wpierdol gwarantowany!

Tyknąłem głową, klient nasz pan. Oni też zniknęli w ciemności.

Tydzień później.

Przyszedł ponownie. Zamiast opuchniętych nóg i rozczłapanych adidasów skórzane kamasze. Głowa ogolona na łyso, bez zarostu, w okularach a’la Top Gun z żółtymi szkłami korekcyjnymi, cały przestrojony w ubranie moro. Wyglądał jak lekko zaniedbana wersja myśliwego, który wracał właśnie z polowania.

- Ooo, widzę, że zmiana image’u! Kawa? - zapytałem.
- Tak, kawa. Ale mam swoją paczkę kawy i czy mogę tylko wrzątku trochę?
- No dobrze.

Usiadł i zaczął wyjmować swoje szpargały, papierki, ogryzek ołówka. Przyniosłem wodę i zalałem mu kawę w papierowym kubeczku. Zwyczajowo poszedł po cukier. Wrócił, usiadł i coś zaczął zapisywać ogryzkiem na karteluszkach.

- Wie pan, bo ja lubię sobie tak popisać czasami. Marzy mi się wielkie pisanie. Teraz dużo piszę romansów. Chociaż nie wiem czy to dobry pomysł, bo w sumie to nic na ten temat nie wiem, żadnego wielkiego uniesienia miłosnego nie przeżyłem.
- To może zacznie pan pisać o tym, czego doświadcza – powiedziałem – Coś kiedyś słyszałem o pewnym bezdomnym, który tak jak pan pisał na karteczkach, serwetkach. Mieszkał w nowojorskim metrze i opisywał swoje życie, życie bezdomnego. I pewnego razu spostrzegł go w tym metrze agent literacki i zainteresował się tym, co zapisuje sobie ten bezdomny. Tego, co zapisał, było na materiał na książkę. Dzięki agentowi wydano jego zapiski i już nie musi mieszkać w metrze. Pewnie ma się całkiem dobrze. Pan też może spróbować.
- Ciekawe. Ale to jest Ameryka, a tu jest Polska. Ale to dobre, żeby pisać o tym, co się zna, a nie o jakichś miłostkach, o których nic nie wiem. Dobre, dobre.

Dopił kawę, pochował swoje zapiski i wyszedł bez pożegnania.

Widziałem go jeszcze dwa razy. Już nie na stacji. Pierwszy raz wracałem z pracy i wsiadałem z nim na tym samym przystanku. Był z jakąś kobietą, która pomagała mu nieść jakieś tobołki. Pomyślałem, że może wyprowadził się z przytułku dla bezdomnych. Ostatni raz zobaczyłem go z tą samą kobietą, w tym miejscu, gdzie pytał mnie o papierosa. Schludnie ubrany, okulary z żółtymi szkłami korekcyjnymi, z laseczką w lewej dłoni.

Kibicuję mu.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *