30.01.2018

Ludzie z Karakterem

Dwa tygodnie temu (19-21 stycznia 2018) odbyła się w Trójmieście seria spotkań, przygoda wręcz, z osobami skupionymi wokół wydawnictwa Karakter. Wydarzenie miało miejsce w księgarni Sztuka Wyboru, co gwarantowało przyjazną atmosferę z kawą w dłoni.

Spotkanie dotyczące książki Rebeki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat stety niestety ominęliśmy. Od razu uprzedzam, że nie było to spowodowane tematyką dyskusji.
W sobotę gościem-gospodarzem był Marcin Wicha, który przebojem zdobywa w Polsce czytelników za sprawą nagrodzonej Paszportem Polityki książki Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Książki, która nawet bez Paszportu doskonale się broni ważkim tematem, doskonałą, ascetyczną wręcz formą i treścią. O tym wystąpieniu napisane zostanie podczas omawiania przez moją skromną osobę wywołanej przed chwilą publikacji Wichy. W tym tekście skupię się jednak na dniu trzecim, który zdominowany był tematyką okładek książek. Wykład prowadził Przemysław Dębowski, jeden z założycieli Karakteru.

Jak mam w zwyczaju, tak i tym razem nie będzie to sucha informacja o wydarzeniu, z podążaniem po sznureczku od początku do końca. Raczej będzie o styku moich doświadczeń okołoksiążkowych z przemyśleniami zwizualizowanymi i wypowiedzianymi przez Przemysława Dębowskiego.
Najbardziej oddziaływała na mnie zgodność poglądów dotyczących tego, jak okładka może pomóc lub zaprzepaścić dobry odbiór pisarza wśród czytelników - mimo wszystko konsumentów, kierujących się określonymi gustami. Na przykład noblistka z 2013 roku, Alice Munro. Miała przed Noblem swojego reprezentanta w Polsce -  wydawnictwo Dwie Siostry, które ją mogło w dobrym stylu przyswoić w naszym kraju. Niestety, ale tego nikt nie mógł się spodziewać, niestety stery nad publikowaniem książek kanadyjskiej pisarki przejęło Wydawnictwo Literackie. Ktoś powie, że to przecież dobrze, to poważny partner, wszystkie kanały dystrybucji otwarte, nie traktuje się tam pisarza przedmiotowo itepe, itede. I cóż robi WL? Robi najokrutniejszą rzecz na świecie. Poprzez projekt serii okładek do książek Munro zaprzepaszcza dobry i przede wszystkim właściwy pierwszy kontakt z jej twórczością. 



Okładki z paniami w sukienkach koktajlowych, gładzące włosy, wyglądającymi przez otwarte okna, barwy pastelowo-granatowo-czerwone, typografia obrzydliwa, czuć powiew zachodzącego już trendu lat dziewięćdziesiątych. Ta zbieżność odczuć bardzo mi się podobała. 
Z pewnością inne były motywacje wydawnictwa, cała idea wprowadzenia Alice Munro do Polski. Miało nie wiać nudą Nobla, wszystko pod strzechy, do zwykłego, szarego czytelnika. Efekt całkowicie odwrotny - ci, co chcieli kupić, bo wiedzieli, że warto, rozmyślali się przy stołach księgarnianych. Do tych ludzi należę też ja sam. Inni, którzy nie mieli zrażać się górnolotnie pobrzmiewającym Noblem, ci z kolei może i kupili, ale po wczytaniu się uznali pewnie, że zostali nabici w butelkę, bo gdzież tu jest coś z Nory Roberts? Tak, tak, okładka ma wielkie znaczenie dla czytelnika, choć często nawet za bardzo nie zdajemy sobie z tego sprawy albo będziemy zaprzeczali z całą stanowczością mówiąc, że ważna jest tylko treść.

Przemysław Dębowski podał też całkowicie odmienny przykład z Wydawnictwa Literackiego. Przytoczył podczas swojego wykładu charakterystyczną serię nowych wydań dzieł Stanisława Lema. Fakt, okładki do tej serii były projektowane przez samego Dębowskiego, ale nie zmienia w żaden sposób pozytywnego odbioru jego pracy. 



Typografia dobrana zgodnie z nurtem science fiction, ilustracje na okładkach posiłkowane zachodnimi  wzorcami gatunkowymi z lat, kiedy Stanisław Lem tworzył swoje opowieści. Tak, zwróciłem na te okładki uwagę wiele czasu przed zaprezentowaniem na żywo genezy ich powstawania. Wszystko w nich ma sens i ład, nikt nikogo nie wprowadza w błąd, przekaz trafia w stu procentach.

I tak wygląda mniej więcej proces tworzenia okładki przez szefa Karakteru. Najpierw coś, co zakomunikuje najdobitniej zawartość, czyli autor i tytuł - tu próba znalezienia odpowiedniego kroju pisma, pisma charakterystycznego dla kraju ojczystego autora książki (Agneta Pleijel, Milan Kundera) lub też szukanie typograficznych tropów kulturowych, jak w przypadku Lema właśnie. Później znaleźć kontekst, stworzyć grafikę, czasami się jej pozbyć prawie całkowicie, Próbować grać z czytelnikiem, próbować dostosować się do oczekiwań wydawniczych klienta (tu znakomity przykład wydawnictwa Wolters Kluwer).  

Nic nie jest dziełem przypadku, choć czasami przypadek może sprawić, że prace nad projektem mogą ruszyć dalej z dobrym skutkiem, tak jak w przypadku Duchologii polskiej Olgi Drendy, gdzie pomysł na okładkę przyszedł podczas porannego śniadania w kuchni za sprawą starego komunistycznego radia ze znaną wielu z nas skalą częstotliwości i przypisanymi miastami na falach długich, średnich i krótkich. 



Tak więc treść i forma muszą współgrać, czasami w łatwiejszy, a innym razem w trudniejszy do odczytania sposób.

Z drugim przypadkiem, tym trudniejszym, sam miałem do czynienia w swych poszukiwaniach lekturowych. Chodziło o książkę Język miast Deyana Sudjica. Nie byłem w stanie rozszyfrować kodu, który narzucał się w przerażająco bezwzględny sposób. Po co ta cena na okładce? Dlaczego tak tu skromnie? Nie wiem, nie wiem, nie wiem! 



A wystarczyło grać za młodu w Monopol zamiast w Eurobiznes czy Fortunę i sprawa staje się łatwa, jeśli nie śmieszna, jeśli uwzględnić zwoje mózgowe mojej osoby, które były niewiarygodnie zaangażowane w rozwikłanie zagadki, tak prostej zagadki. Książka ta sprawiła mi psikusa i tym bardziej chcę ją zakupić, już nie tylko ze względu na treść, ale również ze względu na okładkę.

Na koniec przyszedł czas na Davida Fostera Wallace’a. Przyglądam się temu autorowi, który dopiero po śmierci został dostrzeżony przez polskich wydawców. Jednych odrzuca, innych fascynuje. I do dziś nie zostało wydane w języku polskim jego sztandarowe dzieło - Infinite Jest. Wydawnictwo, które zdecydowało się na przedstawienie jego twórczości w języku polskim, czyli W.A.B., zwleka niewiarygodnie długo z wydaniem wspomnianej książki. Chyba pod koniec 2016 roku wyczytałem, że premiera ma nastąpić chyba na początku 2017 roku. Czekałem i nic, cisza. Wystarczyło pójść na spotkanie z Przemysławem Dębowskim, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Pod koniec wykładu na ścianie została wyświetlona okładka anglojęzycznego wydania Infinite Jest. 



Stała się hasłem wywoławczym dla zagadnienia, czy w ogóle okładka decyduje o odbiorze treści dla fanów lub bardziej dobitnie, dla fanatyków danego autora. Okazało się, że jednak nie. Czasami zdarza się, że pomimo niosącego jakąś treść opakowania nie zwraca się na nie uwagi. Czasami okładka może być kwintesencją koszmaru. Można powiedzieć, że nie zwraca się uwagi w wymiarze totalnym, o czym świadczy dzieło Wallace’a. 



Dębowski zdradził przy okazji informację, że wydawnictwo W.A.B. przymierzało się z powierzeniem mu zaprojektowania okładki do polskiego wydania, odmówił jednak, czym mnie bardzo zdziwił. Nie pamiętam niestety czy padły słowa wyjaśnienia w tej kwestii, ale wydaje mi się, że było to spowodowane emocjonalnym podejściem, także prawdopodobnym zawodem, iż Wallace nie jest wydawany w Karakterze oraz jednak przez fakt, że okładki ostatnich wydanych przez W.A.B. książek Wallace’a są po prostu bardzo dobre, dzięki Dawidowi Ryskiemu.

Spotkanie z Przemysławem Dębowskim kończyły pytania od zgromadzonej publiczności. Szybka analiza faktów (Dębowski, projekt okładki, W.A.B) prowadziła do zadania pytania ode mnie. Na sam koniec zapytałem więc, kiedy wreszcie zostanie wydane Infinite Jest? Padła odpowiedź: dopiero w przyszłym roku, czyli w 2019! Jedynym pocieszeniem jest to, że tak jak poprzednie pozycje Wallace’a będzie to jedna z lepiej przetłumaczonych książek anglojęzycznych.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *