12.04.2018

Sołtys vs. Wicha, czyli walka o pamięć

  
Jak zwykle podróże, te małe, autobusami, tramwajami. Cele bliższe niż dalsze. Od dawna uważam też, że najlepszą formą na te chwile liczone od przystanku do przystanku, na ten współczesny pośpiech, pęd…, najlepszą formą jest opowiadanie.


Chodzą po głowie myśli, żeby wziąć życie za rogi i samemu takie małe kamyczki tworzyć, żeby inni, jadąc przystanek po przystanku, kręcili stopą w bucie, bo im kamyczek ulepiony ze słów uwiera. Miało być spokojnie, miało zrelaksować, a uwiera, zmusza do myślenia, nie daje spokoju. Myślę sobie, coś stworzę, niech uwiera, no i nic mojego, ubolewanie, a na domiar złego pojawiają się kamyczki innych, które tak uwierają, że ma się ochotę zdjąć buty.

Cicho i niepostrzeżenie pojawia się w tych podróżach Marcin Wicha, tuż za nim podąża Paweł Sołtys. Bardziej już źle być nie może, tak zakłócać spokój miejskiego wędrowca!

Wicha, cichutko sączy treść, malutkimi strumykami, cyzeluje każde słowo, nie rozpieszcza pęczniejącym słowotokiem, wizualizuje konkrety, czerń i biel w odcieniach szarości, mistrz statycznego obrazu, idealnie naświetlonego, cienie idealne, obiekty wyraziste, żyleta! 

Wkracza Sołtys, pochylony, zapatrzony w fotografie wywołane z klisz, chropowate, rozmazane, ale takie to rozmazanie gustowne, tak jak cieszyło się z każdego zdjęcia Zodiakiem czy Łomo. Tu nie ma chirurgicznej precyzji Wichy, tu Sołtysa natłok wydarzeń, natłok skojarzeń, tu nie ma bieli, tu szary w bury przechodzi, czerni się wszystko, jedynym zaś promykiem światłości płomień zapałki podpalający papierosa.

Ale jednak ten Wicha może jednak? Tak z inteligencka, z dizajnerska pociąga, ale gustowne to dizajnerstwo, gołe, surowe, ale gustowne. Pewne kreski, sznyt akademicki. W tym przypadku nie ludzie, ludziki, strychy, piwnice, tylko matka, i rzeczy...

Takie dwie rzeczywistości się przeplatają z liniami autobusów. Kto zna jednego i drugiego rozumie z miejsca co się dzieje. 

Wicha

Przypominam sobie spotkanie autorskie z Marcinem Wichą w Sztuce Wyboru, odczuwało się obcowanie z kimś, kto dokładnie wie, co i jak przekazać innym. Nie ma u niego nic z fałszu i ten całkowity brak prób uwiedzenia odbiorcy, zagadania na śmierć, jak w przypadku różnego rodzaju coachów i liderów, którzy na każdym kroku mamią nas cukierkami dobrobytu. Tu człowiek z krwi i kości, który za pomocą wzorcowo opanowanego warsztatu pisarskiego rozlicza się z “rzeczami, których nie wyrzucił" po zmarłej matce. Matka objawia się w różnych przedmiotach, przedmioty wywołują wspomnienia, wspomnienia wiążą się życiem autora, jego dziecka. Matka i rzeczy, matka i wspomnienia. Jej już nie ma, pozostają tylko przedmioty, z którymi obcowanie prowadzi do bliskości. Tak jak w moim przypadku, kiedy noszę zegarek dziadka, w wielu przypadkach, gdy na niego spojrzę, przypomina mi się to wszystko, co w swojej psychice zachowałem o nim i po nim. Czasami wydaje mi się, że każdy tak ma, że jakaś bezpańska łyżeczka czy lichtarz, licho wie skąd, są dla każdego indywidualnie cenne z powodu ogromnej zawartości wspomnień ze sobą niesionych po jakimś bliskim zmarłym. Jeśli się mylę i ludzie tak nie mają to biada, biada, biada... najlepszym zaś sprawdzianem odkrycia w sobie tego faktu jest zajrzenie do Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Jeszcze jedna refleksja mi się nasuwa, jeszcze jedno porównanie. Istniejemy po śmierci o tyle, o ile potomni będą nas pamiętać i wspominać. Niektórzy będą grobem odwiedzanym i pielęgnowanym, inni myślami przekazywanymi między pokoleniami, niektórzy rzeczami, takimi jak zegarek czy drewniane chodaki stukające o parkiet i denerwujące sąsiadów, jeszcze inni książkami. Marcin Wicha zabrał w pamięć o swojej matce chodaki i książkę. I chwała mu za to.

Poniżej fragment z Rzeczy…, który prezentuje kunszt autora. Jest tu wszystko, prostota, zwięzłość, dowcip i typowo polskie demony.

Zagłada

Pewnego dnia moje dziecko spytało:
  - Dlaczego była zagłada?
Niby wiedziałem, że kiedyś to pytanie padnie, ale dlaczego już teraz? Dlaczego tak wcześnie?
  - Wiesz - zacząłem. - Ludzie. Ludzie czasami.
  -  Ludzie?
  - Niektórzy ludzie.
  - Więc to przez ludzi?
  - Przez ludzi. Tak. Ludzie ludziom. Znaczy. Czasami. W grupie. Ludzie. Czasami.
  - Nie przez meteoryt?
  - Meteoryt?
  - Nie myślisz, że dinozaury wyginęły przez meteoryt?
  - Oczywiście, że przez meteoryt.
Następnego dnia opowiedziałem to w pracy (a pracowałem w prawicowej gazecie). Wszyscy bardzo się śmiali, a jeden kolega spytał:
  - Ale powiedziałeś jej, że Polacy nie mieli z tym nic wspólnego?

***

Pablopavo

Wchodzi pan. Rozwiana fryzura, marynarski krok, sześćdziesiąt lat, ubranie nowoczesne, młodzieżowe. Myślę sobie, oby więcej takich emerytów. Podchodzi i pyta:

  - Czy dostanę te, no, te, Mikrotyki, tego, no, tego, Pablopavo?
  - Chyba tak, sprawdzę - mówiąc to idę od razu do półki, gdzie powinny leżeć, stać. Pełen obaw jestem, żeby tylko były, bo warto temu panu sprzedać Mikrotyki, warto i już!
Są, wystawione twarzyczkami, tak jak ostatnio ułożyłem, żeby skusić, zachęcić. Sięgam po zapas z tyłu a pan do mnie:
  - Kurczę, i będę mieć spod lady! I wiedział pan, gdzie ta książka jest, i że Pablopavo to Paweł Sołtys! Wspaniale!

Uśmiecham się, podchodzimy do kasy z książką, dalszy ciąg rozmowy:

  - Byłem właśnie w empiku i pytam tak samo, jak pana. Że Mikrotyki, że Pablopavo, i wyobrazi sobie pan, że tamta pani spojrzała na mnie takim mętnym wzrokiem i pyta: "Jan Paweł II?". Oniemiałem i wyszedłem. Nie będę przecież szukać z nią Pablopavo na dziale z dewocjonaliami!
  - Chyba by go tam nie było. Chociaż może? - odpowiedziałem i przypomniała mi się jedna opowieść:
  - A wie pan, z tymi Mikrotykami to same śmieszne historie. Wyczytałem w internetach, że jakiś prawicowy felietonista, recenzent, człowiek obyty podobno, jak dowiedział się, że Mikrotyki są kandydatem do Paszportów Polityki, to życzył wspaniałemu duetowi pisarskiemu, Pawłowi Sołtysowi i Pablopavo, sukcesu!

Pan starszy podniósł brwi, zaśmiał się tubalnie i oznajmił:

  - Prawicowe rozdwojenie jaźni, hehehe.

I wyszedł marynarskim krokiem, z rozwianą czupryną, emeryt z Mikrotykami w dłoni.

***

  
Czy Paweł Sołtys też zbiera dla przyszłych pokoleń coś, co powinno pozostać w pamięci, nie powinno umrzeć? Czyta się go chyba tak samo, jak słucha opowieści przedstawianych w jego piosenkach. Jak było powiedziane, fotografie zaułków, knajp, imprezowych miejscówek, zamazane to wszystko dookoła, ale tak wyraziste postaci w środku, takie skondensowanie monumentalne, dialogu, monologu, opisu. I ten rytm, melodia, tekst… Przemieszczając się autobusem po Wrzeszczu, Suchaninie, Morenie, Jasieniu, Siedlcach, Szarej, Nowych Ogrodach z prokuraturą i sądem rejonowym czuję ten rytm, tę szarobylejakość miasta przemieszaną z ludzkimi historiami. I spoglądam często na miejsca w mieście przeorganizowane, zburzone i zabudowane na nowo. I widzę to, co widzi Pablopavo i jego Ludziki. Tam kiedyś był jakiś bar podrzędny szóstej kategorii, w którym piło się ciepłe piwo i paliło papierosy w obtłuszczonych od frytek pomieszczeniach. Tak, tak, paliło się kiedyś przy piwie w środku… Gdzie indziej zapomniany peron, gdzie siedziało się godzinami i czekało na przyjazd dwóch pociągów w ciągu dnia… Albo centra handlowe z boxami, które teraz można spotkać już tylko na halach w Gdańsku i w Gdyni… I ludzie, ludzie, ludzie tamtych czasów... I chyba tu jest ta pamięć, którą zachowujemy w sobie. Takie niby nic. No bo kto przejąłby się jakąś bramą, jakimś zaułkiem, jakimiś nic nie znaczącymi postaciami z miasta, z osiedla?

Wciąż brakuje książki pokolenia transformacji. Gdzieś słyszałem, że coś się pojawiło o końcówce komuny, była i jest Masłowska, może ktoś gdzieś jeszcze, ale takiego czegoś z przytupem brak. Może właśnie przymiarką do dzieła o straconych i najbardziej kolorowych, pomimo szarości, czasach są Mikrotyki. A może są już one sednem, może nie da się opowiedzieć więcej i to nam powinno starczyć?

***

Ogrom nagród spadających na jeden i drugi zbiór opowiadań pokazuje, że literatura z krwi i kości ma się bardzo dobrze. Opowiadanie jako forma przekazywania treści również jest w ofensywie. Dobrze to wróży na przyszłość. Już blisko nam do Saundersa i Wallace'a, już blisko.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *