22.02.2019

Sztuka bezruchu

Jeden z profesorów zajął mi kiedyś głowę Thomasem Mertonem. Wielu ludzi tak miało - ktoś, jakiś autorytet, coś napisał lub powiedział i pomyślało się, że warto byłoby sobie ten temat przybliżyć. Z profesorskiego przekazu wyglądało, że Merton to duch mężny, mnich zaprawiony w bojach z diabłami doczesności. Zanotowane, kiedyś poszukam. Minęło pięć, sześć lat. Księgarnia jest miejscem tak samo fascynującym jak Biblioteka Babel!

Zapragnąłem lektury, która odciągnie mnie od zgiełku doczesności. Natrafiłem na Sztukę bezruchu Pico Iyera . Krótki tekst z serii TED, który traktuje o tym, jak nie dać się ogłupić w tym superszybkim, megainformacyjnym świecie, gdzie nie odległości, ale czas jest największą przeszkodą, żeby trzeźwo spojrzeć na najbliższe i najdalsze rejony naszego życia. Czas i przestrzeń.



I... Merton! Pojawił się więc i on, On! Czytam. Klasztor, Cela - nie-cela. Trapista... 

Zauważyłem wcześniej, że mamy w zbiorach księgarni właśnie jego, Thomasa Mertona! Wspaniały zbieg okoliczności! Podchodzę do regału, pod "M" i wyciągam Nikt nie jest samotną wyspą, i dokładam do kolekcji pod tytułem "Wielki powrót Mertona". Przyglądam się tyłowi okładki i czytam: 

 "Thomas Merton - trapista, jeden z najbardziej znanych na świecie pisarzy katolickich doskonale znając trudności, jakie otaczający świat stwarza dla rozwoju życia duchowego, uczy sposobów przezwyciężania owych przeszkód i pokazuje, jak nawiązać żywy kontakt z Bogiem, jak ocalić nasze prawdziwe człowieczeństwo. W przedmowie do "Nikt nie jest samotną wyspą" pisze: "Bez życia duchowego cała nasza egzystencja staje się iluzoryczna i zawieszona w próżni. Włączając nas w prawdziwy porządek świata, ustanowiony przez Boga, życie duchowe wprowadza nas w możliwie najpełniejszy związek z rzeczywistością nie tą, którą sobie wyobrażamy, ale ta, która rzeczywiście istnieje. A czyni to, uświadamiając nam naszą prawdziwą osobowość i stawiając ją przed obliczem Boga". 

 I dalej, z amerykańskiej gazety: 

"Ta książka to zbiór refleksji duchowych, które mogą okazać się pomocne dla wszystkich poszukujących sensu ludzkiej egzystencji oraz odpowiedzi na pytanie, jak żyć bogatszym, pełniejszym oraz szlachetniejszym życiem”. [“Chicago Tribune”] 

No, myśl się pojawiła, że gruby kaliber, oj gruby! Książka odłożona i nikt jej nie kupi przed przejrzeniem. Wracam do lektury Sztuki bezruchu. A tam, jak za sprawą jakiegoś zaklęcia, Merton, , mnich - trapista, wyrywa się z na chwilę z mniszego życia, bo niedomagający, by poznać ziszczenie marzeń o miłości. Jeden z cytatów z jego Dziennika

“Zjedliśmy śledzia i szynkę (co to za jedzenie!) i wypiliśmy wino, i czytaliśmy wiersze, i rozmawialiśmy o sobie, niemal ciągle kochaliśmy się i kochaliśmy, i kochaliśmy przez pięć godzin. I choć wciąż zapewnialiśmy się i zgadzaliśmy, że nasza miłość będzie musiała pozostać czysta i że to poświęcenie jest niezbędne, to w końcu zrobiło się między nami dość namiętnie. Ale okazało się, że zamiast być grzeszne, zdawało się nam to nadzwyczaj właściwe. I tak kochamy teraz całym naszym ciałem, a ja czuje jej całe jestestwo (poza jej płcią) jak swoje własne”. 

albo: 

“Zaczął bombardować młodą kobietę listami i otwartymi błaganiami, wykonywał ukradkowe telefony do niej z biura szafarza klasztornego, kiedy pozostali bracia spożywali obiad. Kiedy podsłuchał go inny mnich, wyznał prawdę swojemu obdarzonemu anielską cierpliwością opatowi (“ale tylko o rozmowach telefonicznych!”), nadal rozważał rezygnację z powołania i ucieczkę z M. oraz wspólne życie na wyspie”. 

Błąd w sztuce? To życie. I życie zweryfikuje czy odbywamy właściwą drogę. Właściwą drogę jeśli chodzi o nasz spokój i czyste sumienie. W przypadku Mertona czyste sumienie osiągnięte zostało poprzez odrzucenie tego, co narzucił sobie być może wbrew sobie lub w nieodpowiednim momencie życia. Na przeciwległym biegunie autor przywołuje zaś Leonarda Cohena, który był w stanie zrównoważyć tę duchową ciszę i zgiełk. Każdy mierzy się z demonami, nie każdy wychodzi z tej walki obronną ręką. Cohenowi wyszło lepiej, Mertonowi troszkę gorzej - cóż, życie. Pico Iyer w bardzo prosty sposób to wszystko podsumował: 

“Nie da się pokonać cienia wewnątrz siebie, najzwyczajniej w świecie od niego odchodząc”. 

Dysonansem może być fakt, że polskie społeczeństwo przyzwyczaiło się do Mertona jako jednego z największych myślicieli katolickich XX wieku. Coś mnie pokusiło i sprawdziłem notkę biograficzną na Wikipedii, w języku polskim, już dalej nie szukałem. Braki w wiedzy na temat tego człowieka aż za wiele mówiące. Jedna strona medalu. Druga strona kryje się w książkach, w poszukiwaniach, choćby miały zająć tyle czasu, ile mi zajęły. Nikt nie neguje wkładu Mertona do rozwoju medytacji, kontemplacji w duchu chrześcijańskim, ale ktoś może czuć się oszukany, gdy odkryje drugą stronę medalu, a nie będzie na to przygotowany. Może nawet profesor nie do końca znał ścieżkę życia tego trapisty, może nawet i jego zaślepił obraz ideału. 

Te dywagacje odbywają się też z innego powodu. Jakiego? Dawno temu, sprzed czasów Wikipedii, były w domach encyklopedie, pojedynczy tom, czterotomowa, później siedmiotomowa z dodatkiem, który próbował nadganiać czas. Było coś fascynującego w wyszukiwaniu autorów książek wszelakich i odkrywanie w tym zawężonym świecie pajęczyny zależności między jednym pisarzem a drugim, gdzieś jakaś znacząca grupa literacka, tam znowu inne nazwiska, które prowadzą w kierunku, którego nie potrafilibyśmy obrać z podręcznikiem szkolnym w dłoni. Dzięki takim podróżom dokonywało się radosnego wysiłku zdobywania wiedzy o wiele większej niż w jakimkolwiek liceum czy technikum tamtych czasów. Kiedyś odkryłem Henry’ego Millera w taki właśnie sposób i czytając jego prozę dowiedziałem się kilkadziesiąt lat wcześniej on sam bawił się w takie podróże i odkrycia. Może dlatego przez długi czas był ulubionym pisarzem. 

Tak samo jest w przypadku Pico Iyeara i Sztuki bezruchu oraz Thomasa Mertona i Nikt nie jest samotną wyspą. Powyższy tekst jest próbą pokazania jak jedna książka daje wiedzę, którą inna książka zataja, nie będąc przez to mało wartościową czy wręcz fałszywą. I można mi wierzyć lub nie, ale nie spojrzałem nigdy na biografię Thomasa Mertona w Wikipedii, nie poszukiwałem na siłę odpowiedzi na pytania, które są tematem u Pico Iyera. Pierwszy raz sprawdziłem hasło w wirtualnej encyklopedii dopiero w trakcie pisania tego tekstu. Może to uratowało właściwy odbiór zarówno Pico Iyera, jak również Mertona. Tak się to już czasami układa. Prawdziwa sztuka bezruchu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *