19.04.2020

Okno





Cieszyłem się w zeszłym roku z Nobla Olgi Tokarczuk. Później był sylwester, gdzie zamiast wielkiej balangi uprawialiśmy z rodziną wieloletnią, pamiętającą czasy komuny, tradycję NOT, czyli Nocne Oglądanie Tokarczuk
1, a konkretnie jej przemowę noblowską. Cieszyłem się na samą myśl o tym, że gdyby żądni władzy i jeszcze większej władzy, i jeszcze większej władzy, i zasmażki w postaci Mamony możni świata tego siedzieli tam, to musieliby spłonąć ze wstydu! Oczywiście jeśli zrozumieliby cokolwiek z tego, co Olga Tokarczuk do nich mówi. No bo nie wiem czy choć raz w życiu otarli się o pojęcia pansofii albo omniscjencji? Nie, nie, nie była laureatka aż tak perwersyjna intelektualnie, że takimi określeniami sypała z przysłowiowego rękawa. O nie - w delikatny sposób, jakby rozpoczynała nowe rozdziały książki, wprowadzała słuchaczy w stan postrzegania rzeczywistości w sposób totalny. Gdy rozumie się w tym sensie taki przekaz to już nie ma się wyjścia, po prostu się wie, że Olga Tokarczuk nie będzie mogła być prezenterem w wiadomościach TVP, tak jak Trump nie dałby rady usiedzieć pięciu sekund w Sztokholmie.

Pojawił się wirus i przystanąłem, cierpliwie czekałem. W życiu mi się nigdzie zbytnio nie spieszy, a i okoliczności na zewnętrzu też nieciekawe więc czekałem na to, jak zacznie się wszystko powoli zmieniać oraz na Olgę Nawoję, która może też przystanęła, żeby spojrzeć delikatnie, ale rzeczowo. Trochę się naczekałem. Odezwała się więc, wbrew polskości i sarmacyjskości władającej, w niemieckiej gazecie z Frankfurtu! Co gorzej - z tego dalszego! A imię jego "Frankfurter Allgemeine Zeitung"! Potwarz! Zdrada! 

I jak to w Polsce bywa, dla samej zasady bywa, bo musi - zaczęło się! Wśród Polaków język niemiecki nie jest traktowany jako miły i przyjemny - podobno dopiero od trzeciego pokolenia po wojnie zaczynają wygasać złe konotacje, te wszystkie Hansy Klossy i Brunery, Język, który już w znaczeniu jest zaprzeczeniem komunikacji, no bo z Niemcami nie da się dogadać, Niemcy to niemi są i basta! No i się zaczęło, oi-oi-oi2 zaczęło!

Postanowiła więc Tokarczuk zadziałać przewrotnie i udostępniła swój felieton w oryginale. Tak, tak, po polsku, bo oryginał polskimi myślami okraszony, i słowami. I Niemcy słuchali Tokarczuk, czytali, analizowali, taki przetłumaczony z myśli polskich do niemieckich. Polską myśl czytali, nawet ci czytali, których Maleńczuk3 w Krakowie widywał i sformułowanie skroił na miarę polskich stereotypów i zaprzeszłości.

Poniżej wspomniany felieton Olgi Tokarczuk, uznałem, że warto go replikować dla zdrowia psychicznego nas wszystkich.

Jednym słowem - zapraszam do lektury.

* * *

Szanowni Państwo,

w związku z toczącą się w internecie dyskusją wokół mojego felietonu opublikowanego w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i kontrowersjami narosłymi z powodu faktu, że cytowane są jego wyrwane z kontekstu fragmenty, postanowiłam udostępnić Państwu całość oryginalnego tekstu w języku polskim.
Zapraszam do lektury :)

Okno

Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra.

Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.

Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno.

Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertów, otrzepała się i wyszła z szafy. 

Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.

Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.

Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go „marnować”, godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.

Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?

Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni.

Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.

Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka.

Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?

Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.

Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest „skądś”, nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy.

Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.

Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem.

Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?

Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.

Nadchodzą nowe czasy.

* * *


Powinienem coś dodać od siebie w temacie samej treści felietonu, przecież wiadomo, że trzeba głęboko przeanalizować podejście Tokarczuk w odniesieniu do siebie, do rodziny, do braku zajęcia zwanego pracą „od do“ plus dojazdy i powroty, wiem, wiem. Jedynym spostrzeżeniem, które ważne jest z mojego punktu siedzenia jest fakt, że od tak dawna, od czasów dzieciństwa, nie mieliśmy tyle czasu dla siebie. 

Sam tkwiłem w pułapce czasu, która nawet tutaj miała pierwotnie przełożenie na jakość tekstu własnego. Chciałem szybko, z niedopowiedzeniami, bo trzeba się streszczać i biec dalej z innymi tematami, pozostawiając czytelnika na pastwę znalezienia własnych ścieżek odbioru. Bo przecież jutro do pracy, bo dzieci, bo do galerii, gdyż przecież jest ta upragniona niedziela handlowa, o borze, o borze! No i ciach, jutro znowu niedziela, dzieci mają nas dość, w galeriach nawet markety budowlane zamknięte, o borze! Nawet do pieprzonego lasu dopiero od jutra można iść, o borze szumiący!

No właśnie, przystanąć! Włączyć stupor!

Na tej fali powrócę do sylwestra i do przemowy bohaterki tego tekstu. Padły tu słowa pansofia oraz omniscjencja. Wiedza totalna, wszechwiedza - czy to jest możliwe?

W zamierzchłych czasach braku telefonów komórkowych i braku internetu w dzisiejszym słowa tego znaczeniu6 znajdowałem sobie hasło w encyklopedii. Jako że uwielbiałem śledzić żywoty pisarzy hasłami były nazwiska autorów. Spodobało mi się jak autor snuł opowieść i chciałem wiedzieć kim on jest, kto się z nim koleguje, do jakiego nurtu należy. Przez to wpadał do głowy inny pisarz, czasami malarz. Szedłem wtedy do biblioteki, szperałem i wychodziłem z książką kolegi pisarza. Później ścieżka rozszerzyła się i zacząłem szukać dzienników, listów, biografii i autobiografii. Okazało się, że można bez encyklopedii, ale mimo wszystko była ona podporą w wymiarze totalnym. Niewątpliwie koncepcja encyklopedii była jednym z największych wyzwań i zarazem osiągnięć kilku wariatów z końcówki XVIII wieku, którzy postanowili „skodyfikować“ i udostępnić każdemu człowiekowi tą osławioną wiedzę „guru-szmuru“. Jeśli dodać do tego drugiego wariata, który pod koniec XIX wieku zapisał swoją fortunę na ustanowienie nagrody, odebranej pod koniec zeszłego roku przez naszą rodaczkę. I rodaczka rzeczona odwołuje się pośrednio do tych kilku z XVIII wieku, mówiąc o Wikipedii, pansofii i omniscjencji, to chyba coś jest na rzeczy.

W tym wpisie zastosowałem to, co zawsze chciałem zrobić z tekstem, który piszę na potrzeby medium zwanego internetem. Chciałem linkować, lawirować w tematach, które można byłoby rozwinąć w odnośniku na nowej karcie przeglądarki. Ale zawsze czasu nie było, zawsze było brak. I zawsze wszystko po łebkach, najlepiej jako wpis na fejsie, żeby ludzie lajki dali. A dając te lajki skrolują w komunikacji miejskiej nie widząc gdzie są.

Ale teraz miałem czas, złapałem go za rogi! I udostępniam Wam to, co zawsze chciałem zrobić. Zrezygnowałem ze wszelakich reklam google i innych, aby bez żadnych konsekwencji można było kliknąć w link w obszarze tekstu, aby odnośnik otworzył na osobnej karcie wyjaśnienie hasła w Wikipedii. Dodatkowo zastosowałem możliwość tworzenia przypisów, aby tekst główny nie został zdominowany przez wyjaśnienia do wyjaśnień, a gdzie bardzo na serio mam coś do powiedzenia. Bo wewnętrznie uważam, że trzeba, że należy.

Myślę, że Olga Tokarczuk nie będzie miała za złe, że do okiełznania czasu posiłkowałem się jej tekstem7. I tego złapania czasu za rogi życzę Wam w te niedziele nieustające.



1  NOT odnosi się przede wszystkim do czasów komunistycznych, choć i dziś to wyrażenie funkcjonuje w mentalności ludzi z rozżewnieniem wspominających Bareję i wszelkie absurdy komuny. Nazwa kryjąca się za tym skrótem to Naczelna Organizacja Techniczna, która przed 1989 rokiem posiadała budynki użyteczności publicznej służące np. organizowaniu spotkań mikołajkowych dla dzieci pracowników zakładów przemysłowych (Rafineria Gdańska, Stocznia im. Lenina). Do dziś służą one prezentowaniu wydarzeń kulturalnych, przykładem Scena Teatralna NOT Gdańsk. Polacy za komuny zamienili znaczenie tego skrótu, odczytując go jako Nocne Oglądanie Telewizji. Zawsze można się było pochwalić, że na sylwestra było się światowcem i poszło się „na miasto“, do NOT-u, a tak naprawdę spędziło się czas przed telewizorem z lampką Sowietskoje Igristoje.
2  Informacja dla wtajemniczonych: oczywiście nie mam tu na myśli sharpowców; zresztą słów by zabrakło, żeby wytłumaczyć pochodzenie i transformację słowa „oi“. To tak samo, jakby w przypisach wytłumaczyć drugie słowo-dźwięk, mianowicie „om“. Nauką niech będzie fakt, że okrzykowi „oi“ naprawdę bliżej do Boba Marleya i filmu Trainspotting niż do nazistowskich bojówek. A tak naprawdę to co było pierwsze: jajko czy kura? Itp, itd;)
3  Chodzi o utwór Syf z płyty Homo Twist zespołu Homo Twist, gdzie padają słowa: „Niemieccy turyści depczą ziemię“, które odnoszą się do zalewu polskich miast wycieczkami emerytów z Nemiec po 1989. Drugą wielką falą turystów w tamtych czasach byli Japończycy ze swoim słynnym przesłaniem wpisanym w odwiedziny - obfotografować wszystko i jeszcze trochę. W latach dziewięćdziesiątych Japończyków się lubiło, Niemców niestety nie. Wszystko przez stereotypy i właśnie język niemiecki, który, jak już wspominałem, jest odbierany w Polsce tak typowo, tak wojennie, a czwórka zawsze musi oznaczać szwadrony śmierci, nawet na manifestacjach polskich kobiet. Niestety.
4  W tym przypadku link odsyła do zasygnalizwanego czytelnictwa Biblii przez Andrzeja Stasiuka na facebookowej stronie wydawnictwa Czarne.
5  Tak jak w przypadku stasiukowym tu również odnośnik do podcastu z rozmową przeprowadzoną z Katarzyną Nosowską przez „Tygodnik Powszechny“.
6  W latach osiemdziesiątych i w pierwszej połowie dziewięćdziesiątych istniały takie dziwactwa jak BBS-y albo przesył danych modemem z prędkością liczoną w w dwucyfrowych wartościach kilobipsów. Zainteresowanych historią internetu odsyłam do wszelkiego rodzaju wiki informatycznych z Wikipedią na czele jako wiki wszystkich wiki.
7  Olga Tokarczuk opublikowała tekst felietonu wraz z krótką przedmową na swoim profilu fb pod adresem: https://www.facebook.com/OlgaTokarczukProfil/posts/2716151888513431?__tn__=K-R

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polecany wpis

Tabula rasa, tabula scripta

Na samym początku drogi jesteśmy podobni do każdego bez wyjątku. Zarazem nie jesteśmy podobni do nikogo, bez konkretnych cech rozróżniający...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *